Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Orgia dla oczu i uszu, ale… – recenzja „Grawitacja”

Człowiek od zawsze czuł respekt wobec Kosmosu. Wszak czym innym jest, jak tylko drobiną, małą cząstką względem ogółu gwiezdnej przestrzeni? W parze z respektem idzie także strach przed nieskończonością, a także samotnością wśród niej. Te właśnie lęki zawarte zostały w filmie „Grawitacja”.

Z pozoru trywialna naprawa satelity, na skutek deszczu kosmicznego śmiecia, szybko przeradza się w ciąg katastrof.

Astronautów było trzech, ale szybko pozostaje już tylko para: Ryan Stone (w tej roli Sandra Bullock) oraz Matt Kowalsky (George Clooney). Nie będzie nadmierną zdradą fabuły wyjawienie, że po niedługim czasie astronautka zostaje jednak zupełnie sama, odcięta od swojego statku.

Na tym właśnie skupia się fabuła filmu. Ryan rozpaczliwie próbuje dostać się na Ziemię, popadając z jednych tarapatów w drugie. Niektóre z sytuacji w jakich przyjdzie się jej znaleźć są mocno naciągane, a nawet mało realne. Scenarzyści stworzyli je tylko po to, aby podkręcić wskaźnik napięcia w filmie.

Przykładem może być pożar na międzynarodowej stacji kosmicznej wywołany przez przypadkowe zwarcie, dosłownie pięć minut po przybyciu tam Ryan. Sytuacja ta jest niemalże absurdalna.

Liniowa i naciągana fabuła nigdy nie miała być jednak najsilniejszym atutem filmu. Jest nim za to Widowiskowość przez duże W. Wspaniałe panoramy kosmosu, zapierający dech widok Ziemi widzianej z perspektywy orbity, czy ogrom Wszechświata to tylko kilka elementów filmu, dla których niewątpliwie warto iść do kina. I to koniecznie w 3D, a najlepiej do kin sferycznych IMAX. Inaczej projekcja nie ma sensu. W momencie gdy „Grawitacja” zostanie wyemitowana w telewizji, lub gdy trafi na rynek DVD, film ten niewątpliwie zacznie zbierać negatywne oceny.
Sceny z pozoru statyczne, połączone ze świetną muzyką, dają widzowi chwilę, by ten mógł zachwycić się wspaniałością kosmosu. Z kolei momenty filmu o przyspieszonym tempie doskonale, i co najważniejsze realnie, wyglądają w technologii trójwymiaru.

Warto skupić się też na kreacji aktorskiej eks-modelki Sandry Bullock. W „Grawitacji” gra poważną panią astronautkę, która rozpaczliwie stara się przetrwać w próżni kosmosu. Trudno jednak jednoznacznie orzec czy robi to dobrze, czy źle. Po prostu gra. Widz na jej wysiłki sceniczne nie zwróci raczej uwagi, zajęty będzie raczej podziwianiem scenerii czy realności obrazu 3D. Na próżno więc aktorka produkuje się, siląc na sceniczny patos i jak najwierniejsze oddanie tragizmu swojej postaci.

Do jednej z najciekawszych i pełnej symbolizmu scen należy moment, gdy chwilowo bezpieczna Ryan, odpoczywa w stanie nieważkości na pokładzie Sojuza. Wygląda wtedy jak dziecko zawieszone w łonie matki, przypięta całą masą rurek i uprzęży, skulona w pozycji embrionalnej. Nie da się nie zauważyć, że symbolika tej sceny jest nie tylko nad wyraz trafna, ale i niewymuszona.

„Grawitacja” to film, który idzie się przeżywać i oglądać, a niekoniecznie zachwycać się fabułą. Nie wiadomo jednak, dlaczego tytuł ten był reklamowany jako „kosmiczny horror”. Wszyscy , którzy szli nastawieni na takie widowisko, szybko się rozczarują i zrozumieją, że reklamy wprowadziły ich w błąd.
„Grawitacja” to istna orgia dla oczu i uszu, ale niestety, nie dla ducha. Po wyjściu z kina jedni widzowie, będą zachwyceni, inni zaś szybko dojdą do wniosku, że film tak naprawdę oferuje niewiele. Jest on rozrywką, jednak powodów do refleksji w nim nie znajdziemy.

Ocena: 3/5

Dyskusja