Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Powrót do klasyki s-f – recenzja „Peanatema”

W spokojnym matemie saunta Edhara nic nie zapowiadało niecodziennych zdarzeń, jakie czekają pracujących w spokoju nad swoim rozwojem deklarantów. Jednym z nich jest fraa Erasmas, fid fraa Orolo, zainteresowanego nie tylko prowadzeniem własnej winnicy, ale też obserwacji nieba. Deklaranci w rozrzuconych po całym świecie matemach kultywują tradycje sprzed setek, a nawet tysięcy lat. Fraa Erasmas należy do matemu dziesięcioletniego, którego członkowie raz na dekadę mają okazję wyjść przez specjalnie na tę okazję otwarte bramy koncentu i przez dziesięć dni mieć kontakt ze światem zewnętrznym. Podobne zasady dotyczą matemów stu- i tysiącletnich, jednak okres stu czy tysiąca lat to ogromny szmat czasu. Dlatego w odróżnieniu od extramuros, czyli świata zewnętrznego, w osobach tajemniczych fraa trwa tradycja i wiedza sprzed wieków. Zdarzenia, które mają miejsce na zewnątrz nie mają żadnego wpływu na ich życie i rozwój.

W tak ułożony i kontrolowany świat wkrada się jednak chaos. Wszystko zaczyna się od przybycia na apert, czyli ceremonię otwarcia bram matemu na okres dziesięciu dni, przedstawicieli inkwizycji i zakazu wstępu na teren obserwatorium astronomicznego. Deklaranci, których można by nazwać mnichami, gdyby nie fakt, że ich przekonania są zupełnie areligijne, zaciekawieni tym faktem postanowią wyjaśnić przyczynę, dla której zostali odcięci od widoku nieba. Jedynym wyraźnym zakazem, jakim są zwykle objęci, jest kategoryczna odmowa jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym poza czasem apertu. Nie wolno im oglądać, doświadczać ani używać jakichkolwiek wytworów praksis – czyli techniki pochodzącej ze świata zewnętrznego. Co więc takiego pojawiło się na niebie, że bramy prowadzące do wszelkich teleskopów zostały zaplombowane?

Tak rozpoczyna się niesamowita opowieść o losach kilku młodych deklarantów walczących o prawdę. Niezwykłe zdarzenia i zwroty akcji sprawią, że czytelnik z najwyższą przyjemnością będzie sięgał po książkę, by w napięciu śledzić kolejne rozdziały. Neal Stephenson wielokrotnie pobudzi wyobraźnię czytelnika – nie tylko dzięki skomplikowanej fabule i niewiarygodnie skomplikowanym dialogom. Zrobi to umieszczając akcję powieści w świecie o zupełnie innych podstawach religijnych, społecznych i politycznych, niż nasz. Nie jest to jednak równoznaczne z kreacją świata w jakimkolwiek sensie fantastycznego – wszelkie opisane przez niego realia, postaci, technika mogłyby zaistnieć naprawdę i daleko im do znamion czarów czy wybujałej technologii. Do tego ciekawym zabiegiem jest użycie pewnych modyfikacji języka – może nie w warstwie gramatycznej, lecz leksykalnej. Fraa i suur z koncentu saunta Edhara posługują się wieloma wyrazami, które są neologizmami stworzonymi na potrzeby książki. Mimo, że czytelnik przez pierwszych kilkadziesiąt stron może czuć się lekko zagubiony, szybko jednak uczy się terminologii i dochodzi do wniosku, że dzięki takiemu zabiegowi książka zyskuje jeszcze więcej na ciekawej atmosferze. W tym miejscu pochwały należą się też polskiemu tłumaczowi, który z tą – jakby nie było – bardzo trudną książką poradził sobie wyśmienicie.

Stephenson w typowy dla siebie sposób komplikuje zarówno akcję jak i stosunki międzyludzkie do granic możliwości. Sprawia to co prawda, że książka może być trudnym orzechem do zgryzienia dla fanów szybkiej i łatwej rozrywki, jednak wszyscy wielbiciele ciekawych, wciągających i przede wszystkim inteligentnych treści powinni poczuć się jak w siódmym niebie.

Niektórzy mogą stwierdzić, że cena (niemal 70 złotych) jest wysoka jak na książkę fantastyczną, jednak tutaj kategorycznie muszę stanąć w jej obronie. W obecnym zalewie łatwej, prostej i przyjemnej literatury, gdzie każda książka kosztuje 30-35 złotych, jednak zapewnia lekturę na ledwo kilka godzin, „Peanatema” będąc wypadkową ceny dwóch tego typu książek zapewnia rozrywkę i pobudzanie wyobraźni na dłuższy czas. Dzięki skomplikowanej fabule, rozbudowanej kreacji świata oraz niebanalnym dyskusjom bohaterów, przez „Peanatemę” brnie się powoli i z uwagą. Proszę tylko nie dopowiadać żadnych negatywnych treści do słowa „brnąć” – tutaj niemożliwość szybkiego „przelecenia” książki jest zaletą. Doliczając do tego fakt, że „Peanatema” ma dość duży format i liczy sobie niemal 1000 stron, łatwo zauważyć, że tak naprawdę stanowi równowartość wielu standardowych książek – i to tylko z punktu wiedzenia ilości, gdyż pod względem jakości statystyki są jeszcze bardziej pozytywne.

Ocena: 5/5

Dyskusja