Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Psychopata w masce Kupidyna – recenzja „Walentynki”

Horrorów, dla których tłem akcji jest jakieś święto, powstało już całe mnóstwo. Niektóre z nich, jak „Czarne święta”, czy „Halloween”, zyskały uznanie fanów na całym świecie i powszechnie uważa sie je za klasyki gatunku. Nie powinno zatem dziwić, że współcześni twórcy nadal chętnie eksploatują podobne motywy, zwłaszcza, iż od czasu do czasu, zdarza im się nakręcić prawdziwe perełki. „Walentynki” Jamiego Blanksa wprawdzie arcydziełem gatunku nie są, ale oglądanie zmagań roznegliżowanych nastolatek uciekających przed odzianym w maskę Amora mordercą posiada pewien nieodparty urok.

Dorothy, Sheeley, Kate, Paige i Lily to pięć przyjaciółek, znających się jeszcze ze szkolnej ławki. Przed laty podczas balu walentynkowego, wszystkie wystawiły na pośmiewisko szkolnego brzydala i fajtłapę, Jeremy’ego Meltona.

Wszystkie dawno już zapomniały o upokorzeniach, jakich przysporzyły klasowemu koledze. Jednak, kiedy pewnego dnia Sheeley zostaje brutalnie zamordowana, a pozostałe otrzymują wymyślne walentynkowe kartki z wróżbami niechybnej śmierci, łączą to z wydarzeniami sprzed lat. Zgodnie przypuszczają, że Jeremy Melton powrócił, by wziąć krwawą zemstę za doznane krzywdy. Nie mają jednak pojęcia, jak ich domniemany oprawca teraz wygląda, gdzie jest i jakiego używa nazwiska. Wkrótce dochodzą do wniosku, że Melton kryje się w ich najbliższym otoczeniu.

Jedną z najbardziej typowych cech slasherów jest to, że tożsamość mordercy niemal do końca pozostaje dla odbiorcy tajemnicą. Scenarzyści „Walentynek” postanowili tę regułę nieznacznie zmodyfikować. W filmie Jamiego Blanksa niemal od początku wiemy, kto morduje oraz jakie pobudki kierują nim przy popełnianiu zbrodni. Nie mija wiele czasu, a tożsamość mordercy nie budzi już żadnych wątpliwości bohaterów.

Wszyscy wiedzą, że Kupidynem śmierci jest rzeczony już Jeremy Melton, nikt jednak nie ma pojęcia, co z wyszydzanym i pogardzanym kolegą działo się przez wszystkie minione lata i czy aby z brzydkiego kaczątka nie wyrósł dumny i żądny zemsty łabędź, od dawna przebywający wśród pięciorga przyjaciółek i przystępujący właśnie do krwawego odwetu. Motyw to może mało odkrywczy, ale mimo wszystko świeży i nie do końca typowy, co należy zaliczyć scenarzystom zdecydowanie na plus.

Próżno jednak szukać odstępstw od standardowych reguł slasherów, jeśli chodzi o intelekt bohaterów. Przyjaciółki będące na celowniku Meltona, to, poza może jednym wyjątkiem dziewczęta, których nienaganna aparycja okazuje się odwrotnie proporcjonalna do rozsądku. W obliczu śmierci najbliższych przyjaciół organizują imprezę, flirtują z facetami, a w ich wspólnych dyskusjach dominują najbardziej prozaiczne tematy. W sytuacjach bezpośredniego zagrożenia wykazują się niebywałą wręcz głupotą. Uciekając przed oprawcą robią wszystko, byle przypadkiem nie wydostać się z opresji. A to ambitnie próbują stawić czoła niebezpieczeństwu, a to znajdują schronienie w pomieszczeniu, z którego do wyjścia prowadzi tylko jedna, jedyna droga… Przykłady można by mnożyć, a przykrą konkluzją i tak będzie, że twórcy „Walentynek” oddali hołdi tej jakże niechlubnej, charakterystycznej cesze konwencji.

Inną rzeczą, cenioną przez fanów slasherów w ich ulubionym gatunku, są pomysłowe i efektowne sceny morderstw. W tej materii „Walentynki” budzą mieszane uczucia. Trup ściele się tu gęsto, a scenarzyści niejednokrotnie wykazali się imponującą kreatywnością. Morderca jednego razu używa żelazka, innym razem strzela do swojej ofiary z łuku, zupełnie tak, jak walentynkowy Amor, jeszcze innym – podrzyna gardła. Jest tu także przejmująca, makabryczna scena morderstwa w jacuzzi, zdecydowanie najlepsza w filmie i jedna z ciekawszych, jakie dane było mi w ostatnim czasie zobaczyć w slasherach. Niestety, co niektórzy będą mieli twórcom za złe, że choć wykazali się pomysłowością, to w wielu scenach zabrakło im odwagi, by wspomniane morderstwa pokazać w pełnej krasie, nie szczędząc sztucznej krwi. Bywa, że niektóre sekwencje urywane są w kluczowych momentach i filmowane w taki sposób, by nie epatować zanadto drastycznymi obrazami.

Obsada „Walentynek” składa się w większości z aktorów, którzy wprawdzie przed udziałem w filmie Blanksa mieli w swoich życiorysach kilka mniej lub bardziej głośnych występów, jednak nadal wiele brakuje im do rangi hollywoodzkich sław.

Na szczególne wyróżnienie zasłużyła Denise Richards, odtwórczyni pięknej i uwodzicielskiej Paige Prescott, która ewidentnie dobrze czuła się w powierzonej jej roli. Niezgorzej wypadły Marley Shelton oraz Jessica Cauffiel, jako Kate Davies i Lily Voight. Nieco słabsze występy odnotowali panowie. Wśród nich nieznacznie wybija się jedynie David Boreanaz, czyli filmowy Adam. Pozostali albo znikają ze scenariusza równie szybko, jak się w nim pojawiają, bądź też pozostawiają po sobie wrażenie totalnie bezpłciowych, tak jak ma to miejsce choćby w przypadku Fulvio Cecere, wcielającego się w detektywa Vaughna.

„Walentynki” Jamiego Blanksa do historii slasherów raczej nie przejdą, co nie znaczy jednak, że nie można spędzić przy nich relaksujących, niezobowiązujących dziewięćdziesięciu minut. Film powiela założenia i schematy wypracowane przez dziesiątki klasyków gatunku oraz setki ich klonów, dysponując przy okazji atutem w postaci przewrotnego, nieoczekiwanego finału. Jeśli tylko się je toleruje i nie szuka powiewu świeżości w produkcjach, które wcale do miana świeżych i odkrywczych nie pretendują – seans „Walentynek” może okazać się całkiem przyjemnym doświadczeniem.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja