Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Psychopatyczny kwartet – recenzja „Alone in the dark”

Tytuł reżyserskiego debiutu Jacka Sholdera może współczesnemu widzowi sugerować związek ze słynną serią gier komputerowych. Już na wstępie należy jednak wyjaśnić, że nie ma z nim nic wspólnego. Produkcja, której dziś się przyjrzymy, powstała na dekadę przed premierą pierwszych przygód słynnego detektywa Edwarda Camby’ego. Chociaż jej twórca rozpoznawany jest głównie ze względu na filmy, takie jak druga część „Koszmaru z Ulicy Wiązów”, bądź kontynuacja „Władcy życzeń”, to obraz, którym rozpoczął swoją reżyserską karierę, również zasługuje na uwagę.

W filmie poznajemy doktora Dana Pottera, młodego psychiatrę, który nie tak dawno temu dostał pracę w renomowanej klinice psychiatrycznej, po tym, jak jego poprzednik doktor Harry Merton, przeniósł się do Filadelfii.

Czworo spośród pacjentów jest przekonanych, że powodem tej nieoczekiwanej zmiany jest morderstwo rzekomo popełnione na Mertonie, by przejąć jego stanowisko. Są to wyjątkowo trudni pacjenci, a każdy z nich skrywa własną tajemnicę. Hawkes to despota z obsesją na punkcie wojska. Preacher widzi we własnej osobie mesjasza. Fatty to pedofil mający słabość do kilkuletnich dziewczynek, natomiast Skagg zwykł pokazywać się wyłącznie w skrywającej twarz masce. Pewnego dnia przygotowują plan zemsty na Potterze. Gdy wskutek nieoczekiwanego zbiegu wydarzeń miasto zostaje pozbawione elektryczności, psychopaci uciekają ze szpitala. Swoje kroki natychmiast kierują w stronę domostwa znienawidzonego lekarza.

Największym atutem „Alone in the dark” jest gra aktorska. Wskazanie wśród członków obsady jakichkolwiek słabszych punktów byłoby zadaniem iście karkołomnym, gdyż każdy z nich stanął na wysokości zadania. Na szczególne uznanie zasługują odtwórcy ról psychopatów. Martin Landau obdarzył postać Preachera niezwykłą charyzmą.

Maniakalna, fanatyczna pasja wypisująca się co rusz na jego obliczu nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze długo po zakończeniu seansu. Dobrze wypadł także Jack Palance, przekonująco odzwierciedlając despotyczną osobowość Hawkesa. Z kolei Erlan van Lidth w roli Fatty’ego, choć może nie imponuje aktorskim warsztatem, wykonując po prostu solidną, rzemieślniczą robotę, to ze względu na swoją aparycję (dość dziecięca twarz, spora nadwaga) wydaje się idealnym odtwórcą tego bohatera.

Nieźle wypadają także odtwórcy tych bohaterów, którym w „Alone in the dark” przyszło bronić się przed zemstą psychopatów. Dwight Schultz dobrze odnalazł się w roli zaabsorbowanego pracą, nieco zrzędliwego doktora Pottera, przez długi czas bagatelizującego sygnały o niebezpieczeństwie grożącym mu ze strony niesfornych pacjentów. Wcielająca się w jego małżonkę Deborah Hedwall, dla której był to aktorski debiut, zagrała jednak dość przeciętnie. W porównaniu z resztą obsady, wystąpiła później w zaledwie kilku produkcjach, w dodatku w mało znaczących rolach. Większej kariery nie zrobiła też Lee Taylor Allan, czyli filmowa Toni – siostra doktora Pottera. Jest to jednak o tyle dziwne, że choć i dla niej „Alone in the dark” był debiutem, to postać młodej, roztrzepanej i nieco narwanej, a jednak skrywającej psychiczne problemy nastolatki odegrała na bardzo wysokim poziomie.

Ponadto, dobrze spisała się Elizabeth Ward jako Layla Potter, córka głównego bohatera. Obdarzona dość nietuzinkową urodą odtwórczyni jedynej przewidzianej w scenariuszu dziecięcej postaci wypadła nad wyraz poprawnie.

Siłą opisywanego filmu jest niezwykły klimat towarzyszący oglądaniu. Obraz rozpoczyna się kilkoma mocnymi akcentami, a później, w miarę rozwoju fabuły, napięcie jedynie narasta. Choć twórcy nie popisali się wyjątkową pomysłowością, jeśli chodzi o ukazywanie kolejnych zbrodni zbiegłych psychopatów, to odnotować trzeba, że zostały one zupełnie dobrze zrealizowane. Dużą rolę w kreowaniu nastroju odgrywa muzyka skomponowana przez Renato Serio, a odtwarzana w idealnych ku temu momentach. Niekiedy są to dłuższe, odpowiednio niepokojąco brzmiące utwory, innym razem zaledwie pojedyncze, złożone z kilku nut fortepianowe wstawki. W obu przypadkach drzemiący w nich potencjał został w pełni wykorzystany.

Jakby tego było mało, scenarzyści dołożyli wszelkich starań, by ukazać zbiegłych psychopatów w roli gotowych na wszystko, wyzutych z litości i uczuć degeneratów. Gdy w mieście gasną latarnie, a na ulicach dochodzi do zamieszek, nasi bohaterowie ochoczo przyłączają się do dzieła zniszczenia. Innym razem tylko dla zabawy ścigają furgonetką uciekającego na rowerze mężczyznę, by wreszcie brutalnie go potrącić. Ponadto, jak przystało na solidny dreszczowiec, pod koniec filmu jesteśmy świadkami zupełnie niespodziewanego zwrotu akcji.

Jest jednak w scenariuszu kilka słabszych elementów. Niekiedy jego autorzy sięgają po bardzo oklepane rozwiązania (silnik samochodu ulegający awarii w najmniej odpowiednim momencie – wałkowaliśmy to już setki razy), a kilka postaci sprawia wrażenie dodanych do scenariusza wyłącznie po to, by można je było efektowanie uśmiercić. Ponadto, niezbyt ciekawy okazuje się wątek doktora Leo Baina i prowadzonych przez niego nietypowych metod terapii.

„Alone in the dark” nie jest filmem w żaden sposób odkrywczym, czy przełomowym, jednak z całą pewnością niedocenionym. Miłośnicy dreszczowców powinni się z nim zapoznać głównie ze względu na popis aktorstwa w wykonaniu odtwórców ról zbiegłych ze szpitala psychopatów. Sama opowiedziana w nim historia natomiast, choć niespecjalnie oryginalna, z pewnością nie nuży i poświęcając filmowi półtorej godziny ze swojego życia, można być pewnym, że nie będzie to stracony czas.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja