Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Spełniony sen o lataniu – recenzja „Przystań wiatrów”

Czy jest ktoś, kto nigdy nie marzył o lataniu, ani razu w całym życiu o tym nie śnił? Archetyp Ikara tkwi głęboko w ludzkich głowach, w jakiś sposób ściśle wiążąc się z potrzebą i dążeniem do wolności. I między innymi o tym jest „Przystań Wiatrów” autorstwa George’a R. R. Martina i Lisy Tuttle – to spełnienie odwiecznego marzenia o locie, swobodnym poddawaniu się powietrznym prądom, ale i ujarzmianiu ich w bezpośredniej konfrontacji. Świat powieści – odległa planeta, na której kilka wieków wcześniej rozbił się statek kosmiczny z ziemską załogą, a którą obecnie zasiedlają jej potomkowie – to miejsce, w którym zbiorowy sen staje się rzeczywistością.

Nie ma w tym właściwie żadnej magii. Na wzbicie się w powietrze pozwalają silne prądy powietrzne, praktycznie nieustające wiatry, nieco inna grawitacja oraz skrzydła, setki lat temu zbudowane przez rozbitków z elementów konstrukcyjnych nieużytecznego już statku i obecnie przekazywane z pokolenia na pokolenie na ściśle określonych warunkach. Otrzymuje je najstarsze dziecko osoby dotąd piastującej stanowisko lotnika, gdy tylko osiągnie odpowiedni wiek. Te skostniałe reguły zupełnie nie odpowiadają Maris – młodej dziewczynie, która nie urodziła się w lotniczej rodzinie i zgodnie z wielowiekową tradycją nigdy nie otrzyma własnych skrzydeł. A, na swoje nieszczęście, nie tylko marzy ona o lataniu od najwcześniejszego dzieciństwa, ale i, adoptowana przez lotnika, miała niejednokrotnie okazję wznieść się w przestworza, zaznać tej niewyobrażalnej wolności. Teraz jednak przyjdzie jej z tego zrezygnować, a skrzydła staną się własnością młodszego, przyrodniego brata dziewczyny. Tak to przynajmniej wygląda w teorii, gdyż Collowi zamarzył się zupełnie inny los, a sama bohaterka nie należy bynajmniej do osób bez słowa godzących z zastanym stanem rzeczy, szczególnie gdy ten ostatni wydaje się jawnie niesprawiedliwy.

„Przystań Wiatrów” to w dużej mierze opowieść o obalaniu tradycji, o rewolucji i konsekwencjach, które za sobą pociąga. W kilku wycinkach z życia Maris – kiedy protagonistka jest niespokojnym nastoletnim duchem, młodą kobietą, następnie gdy zbliża się do pięćdziesiątki i w końcu kiedy na krótką chwilę widzimy ją jako staruszkę na łożu śmierci – będziemy mieli okazję nie tylko prześledzić całe jej życie, ale i wyraźnie ujrzymy konsekwencje decyzji, które podjęła w młodości, a które niemal przewróciły do góry nogami ustabilizowane życie rozproszonej na dziesiątkach wysp społeczności, w której przyszło jej żyć.

Choć wydaje się, że główna bohaterka dokonała słusznego wyboru, nie godząc się na ścisłe podziały kastowe i dalsze kultywowanie nierzadko krzywdzących tradycji, w książce maczał palce Martin, a jego niechęć do wytyczania wyraźnej granicy między dobrem i złem jest zapewne doskonale znana fanom twórczości pisarza. Nie sposób co 'prawda określić, jaki rozkład obowiązków obowiązywał podczas powstawania „Przystani Wiatrów” po samej tylko lekturze książki i czy nazwisko Martina słusznie wymienia się na okładce w pierwszej kolejności, gdyż kobiecą rękę widać w niej wyraźniej, niźli męską, a bohaterom pod względem charakterologicznej złożoności daleko do znanych z „Pieśni Lodu i Ognia”, tak czy inaczej z reperkusjami swych rewolucyjnych zapędów, także (a może wręcz głównie) tymi negatywnymi, Maris będzie się mierzyć po kres swoich dni. Konieczność przyznania się do naiwności i egoizmu również nie zostanie jej oszczędzona.

„Przystań Wiatrów” jest też, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, powieścią o pasji i ciągłej tęsknocie, którą może zagłuszyć jedynie całkowite oddanie się tejże pasji. W tym przypadku wzbicie się w przestworza, oddanie na łaskę i niełaskę wiatrów. To właśnie napędza Maris, to warunkuje wszelkie jej działania. Walczy przede wszystkim dla siebie i o siebie, bo choć inni ludzie przewijają się przez jej życie, czasem nawet pełniąc w nim przez moment jakąś istotną rolę, na pierwszym miejscu zawsze są skrzydła.

Chociaż narracja prowadzona jest w taki sposób, że zamiast o autorach jakoś tak mimochodem myśli się o autorce, jest to raczej literatura odlegle kojarząca się z twórczością Ursuli K. Le Guin, niż z typową „kobiecą fantastyką”, wolna od płomiennych romansów, pełna za to specyficznej wrażliwości. To opowieść niespieszna w swoim tempie, w której dużo miejsca poświęcono na odmalowanie uczuć, którymi protagonistka darzy swoje zajęcie. A właściwie nie zajęcie, bo praca jako podniebny posłaniec to tylko jeden z aspektów bycia lotnikiem. Lotnik – to miejsce w społeczeństwie i rola do odegrania, odpowiedzialność, przynależność do grona sobie podobnych, ale przede wszystkim możliwość wzbijania się w przestworza, bez czego ten, kto już raz spróbował, nie potrafi sobie wyobrazić dalszego życia. To powolne tempo niejednego może zniechęcić. „Przystań Wiatrów” nie jest też powieścią zmierzającą do jakiegoś konkretnego kulminacyjnego punktu, jej trzy zasadnicze części to właściwie osobne opowieści, każda skupiona wokół innego istotnego momentu w życiu głównej bohaterki, i to też niekoniecznie musi się podobać.

Jeśli natomiast chodzi o wady nie potencjalne, a ewidentne, należy do nich nieszczególnie udane, pełne powtórzeń tłumaczenie. Może też być tak, że nie jest ono złe, a po prostu… wierne.

Zawiodą się ci, którzy sięgną po „Przystań Wiatrów” na fali popularności „Pieśni Lodu i Ognia”, poszukując podobnej fabularnej złożoności. Jednak tym, którym nie straszna niespiesząca się donikąd opowieść o życiu i dążeniach pewnej nie do końca przeciętnej kobiety, podszyta dodatkowo głębszą (choć bez przesady, nie jest to wielowarstwowa i szalenie odkrywcza książka), skłaniającą do refleksji myślą, efekt współpracy George’a R. R. Martina i Lisy Tuttle ma sporą szansę się spodobać. Szczególnie, jeśli od czasu do czasu tęsknie spoglądają w niebo.

Ocena: 4/5

Dyskusja