Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Walka o własne słońce – recenzja „Słońce słońc”

Virga to wielki świat, którego konstrukcja nie ma sobie równych we wszechświecie. Ogromna planeta, której wnętrze wypełniają nie skały, ale powietrze, jest domem dla wielu nacji, nie znających takiego pojęcia, jak „stały ląd”. Ich istnienie uzależnione jest od małych, sztucznych słońc, okrążających pozbawiony grawitacji świat. Przy okazji dostarczają one światło i ciepło krążącym wokół nich miastom, przypominającym wielkie cylindry lub koła zawieszone na niebie. Obroty miast zapewniają mieszkańcom namiastkę grawitacji i choć stanowią dla nich ojczyznę, której należy się wierność, nie dają im poczucia bezpieczeństwa.

Aerie, jedno z państw Virgi, nigdy nie zyskało znaczącej roli wśród sąsiadów, ponieważ nie posiada własnego słońca, a to uzależnia je od sprzymierzeńców. Niestety wraz z wejściem na jego teren innego państwa – wojowniczego Slipstreamu, obywatele Aerie stali się społeczeństwem poddanym silniejszemu okupantowi. Wola walki jednak nie gaśnie i naukowcy Aerie postanawiają zerwać swoją zależność od Slipstreamu, tworząc w tajemnicy własne słońce. Plan nie udaje się, a uderzenie sił wroga daje mieszkańcom Aerie do zrozumienia, że opór nie będzie tolerowany. Ponadto podczas ataku na budowane słońce giną rodzice młodego chłopca, Haydena Griffina.

Mijają lata i Hayden mimo traumy z przeszłości wyrasta na dobrego pilota, który nawet nie podejrzewa, jak znaczącą rolę dla istnienia nie tylko Aerie, ale i całej planety odegra w przyszłości. Mimo że bohater ma jasno postawione cele, targają nim emocje, które niejednokrotnie nie ułatwią mu wyboru i sprawią, że chłopak będzie coraz głębiej wciągany w wir zdarzeń.

„Słońce słońc” to książka, którą trudno zakwalifikować do jednego konkretnego gatunku. Jest to fantastyka naukowa, lecz jej elementy wyraźnie zahaczają o fantasy, opowieść przygodową i awanturniczą. Wszystkie te „części” są jednak idealnie dobrane, co zapewnia czytelnikowi długie godziny dobrej rozrywki.

Fabuła książki nie należy do odkrywczych; przygody bohaterów – mimo, że niesamowite – przyćmione są niezwykle plastyczną i oryginalną wizją świata. Karl Schroeder, kanadyjski pisarz mający na swoim koncie już kilka powieści, pokazał innym twórcom jak można za pomocą słów namalować w wyobraźni czytelnika kolorowy i żywy pejzaż stanowiący tło akcji. Oryginalne otoczenie bohaterów jest jednak nie tylko sceną, na której rozgrywają się wydarzenia, lecz także ich motywatorem i prowodyrem. Walka o władzę i wpływy wygląda zupełnie inaczej w świecie, gdzie nie ma grawitacji, a największym dobro, jakie może posiadać społeczność, to własne słońce lub kawałek skały. Planeta, która oferuje mieszkańcom nie tylko swoją powierzchnię, lecz całą swoją objętość, jest przestrzenią, w której może znajdować się wiele niesamowitych miejsc oraz istot. Mnogość przygód możliwych do przeżycia w takim świecie jest wręcz niewyobrażalna.

Jeśli chodzi o samą treść powieści, można używać niemal samych superlatyw, jednak należy wspomnieć też o jakości polskiego wydania. Z jednej strony książka zaskakuje bardzo udaną oprawą graficzną – wydawnictwo Ars Machina ewidentnie nie podąża w tym samym kierunku, co większość polskich wydawców. Nie stara się maksymalnie powiększyć czcionki czy akapitów, byle tylko książka wydawała się optycznie większa i czytelnicy chętniej po nią sięgali na półkach księgarń. Dobra oprawa graficzna, papier oraz format, kojarzą się z dobrą fantastyką wydawaną dekadę temu. Za to należą się wydawcy pochwały, choć są też elementy, za które należy mu się nagana. Książka prezentuje dość wysoki poziom edytorski, jednak zdarzają się krótkie fragmenty tekstu, które sprawiają wrażenie, że nie tknęła ich ręka ani redaktora, ani korektora. W poszczególnych akapitach pojawiają się powtórzenia, błędy, urwane wyrazy i literówki. Całe szczęście nie jest ich sporo i nie zakłócają lektury, aczkolwiek wyróżniają się tym bardziej, że są tak naprawdę jedyną większą wadą książki. Szkoda tym bardziej, że jakość wydania ogólnie sprawia bardzo pozytywne wrażenie.

Karl Schroeder stworzył niezwykłą scenografię i umiejętnie wyciska ją jak świeżą cytrynkę. Połączenie kreacji świata z ciekawymi i charakteryzującymi się wielkim rozmachem przygodami tworzy mieszankę, która sprawia, że czytelnikowi trudno oderwać się od książki. Lektura przebiega miło i przyjemnie, a po jej zakończeniu przed oczami zostają obrazy niezwykłego otoczenia Slipstreamu czy Aerie. Jest to niewątpliwa zaleta powieści Schroedera, która stawia ją wśród innych książek będących naprawdę świetnymi czytadłami. Polecam zatem „Słońce Słońc” wszystkim tym, którzy szukają pomysłowej, ciekawej i wciągającej, choć niezbyt wymagającej lektury.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja