Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Za mało seksowne – rzecz o serialach kosmicznych

Science-fiction przeżywa w serialach prawdziwy renesans. I to nie tylko w produkcjach dla nerdów; od pewnego czasu można zaobserwować jak coraz śmielej zaczyna rządzić również w mainstreamie. Wystarczy spojrzeć na serie, które dopiero co się pojawiły lub mają pojawić już wkrótce: „Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.”, „The Tommorow’s People”, „Almost Human”, „The 100”, „Helix”, „Star-Crossed”, „Intelligence”, czy wiele, wiele innych. Nie sposób też nie wspomnieć tytułów mających już po kilka sezonów i cieszących się dużą popularnością, takich jak np. „Falling Skies”, „Revolution”, „Continuum”, „Haven” czy „Under the Dome”. Mimo swojej ilości i różnorodności, wszystkie te seriale mają jeden wspólny mianownik – żaden z nich nie jest sci-fi kosmicznym.

Niepopularne

Bodajże ostatnim kosmicznym serialem w telewizji było „Stargate Universe”, które wypadło z ramówki zaledwie po dwóch sezonach. Jeszcze mniej szczęścia miał „Firefly”, który mimo grona oddanych fanów dorobił się zaledwie 14 odcinków.

Przy takich statystykach cztery sezony „Battlestar Galactica” wyglądają imponująco, nie wspominając o emitowanym przez 10 lat „Stargate SG-1” i kolejnych 5 lat „Stargate Atlantis”.
Popularność trzech ostatnich serii mówi bardzo wiele o popularności (a właściwie jej braku) kosmicznego sci-fi – w obu Stargate’ach aspekt kosmiczny był bardziej dodatkiem niż osią fabuły, BSG jest natomiast remake’iem serialu z 1978 r. Zapewne, gdyby zrobić współczesną wersję „Star Trecka” lub serialowy spin-off „Gwiezdnych Wojen”, na fali popularności i sentymentu do pierwowzorów, i te serie stałyby się hitem.

Sprawdzone schematy vs nowe pomysły

Zupełnie inaczej rzecz się ma z oryginalnymi pomysłami na serie osadzone w kosmosie. Najdobitniej widać to właśnie na przykładzie „Stargate: Universe”.

Z jednej strony jest to już drugi spin-off hiperpopularnego SG-1, z drugiej jednak, w przeciwieństwie do Atlantisa, jest zupełnie nowym pomysłem fabularnym.

Serial o przygodach misji na Atlantydę bazował dokładnie na tym samym schemacie, co pierwowzór – dzielna drużyna AG-1 zwiedza nowy zakątek Wszechświata, okazjonalnie walcząc i wygrywając z wrogiem wszystkich mieszkańców galaktyki Pegaza – złą rasą Widm. W stosunku do SG-1 zmieniło się jedynie rozłożenie akcentów – trochę więcej kosmosu, zdecydowanie więcej myśli technicznej Pradawnych, jednak główny nacisk nadal położony był na poznawanie nowych kultur i współpracę z nimi.

Universe, poza samym istnieniem Gwiezdnych Wrót i pojawiającymi się od czasu do czasu akcentami wiążącymi serię z poprzednikami, ma z nimi niewiele wspólnego. Oto statek zbudowany miliony lat wcześniej przez Pradawnych, przemierza Wszechświat, czekając, aż przybędzie na niego załoga, która będzie mogła zbadać najodleglejsze zakątki kosmosu.

Zamiast wykwalifikowanej załogi, na skutek tragicznego zbiegu wydarzeń, przybywa tam jednak grupa niemalże przypadkowych ludzi, z których większość nigdy nie zostałaby uczestnikami tej misji. Mają ze sobą zapasy i sprzęt tak przypadkowe, jak oni sami, nie wiedzą jak sterować statkiem, nie mają też możliwości powrotu na Ziemię. W tempie ekspresowym muszą więc nauczyć się komunikować z Przeznaczeniem (tak zwie się statek Pradawnych), bowiem, jak się okazuje, po wielu milionach lat od swojej budowy nadaje się bardziej na złom niż jako nowy dom dla setki kosmicznych rozbitków. Rozbitków, którzy każdego dnia będą musieli walczyć o swoje przetrwanie.

Dobre nie znaczy popularne

Najciekawsze w Universe jest coś, co w poprzednich seriach sygnowanych znaczkiem Stargate, było niemalże nieobecne – zderzenie charakterów różnych postaci, ich rozbieżnych oczekiwań i celów, a w końcu – nieunikniony konflikt.

Nie jest to już uładzona wersja rzeczywistości, gdzie wojsko doskonale dogaduje się i dzieli obowiązki z personelem cywilnym i gdzie jedyne konflikty pojawiają się między dobrymi ludźmi a złymi kosmitami. Ostatni ze spin-offów jest zdecydowanie bardziej mroczny i pesymistyczny niż poprzednicy.
Serialowi na dobre wyszło znaczące poszerzenie stałej obsady w stosunku do poprzednich Stargate’ów. Głównych postaci jest tu aż 9, kilka kolejnych pojawia się regularnie, występując niemalże w każdym odcinku.
Głównymi bohaterami, a zarazem antagonistami serii, są pułkownik Everett Young – mimowolny dowódca misji i Nicholas Rush – genialny naukowiec, którego obsesja na punkcie otwarcia adresu składającego się z dziewięciu symboli, zaprowadziła naszych rozbitków na Przeznaczenie. Żaden z nich nie jest zresztą specjalnie lubiany czy też szanowany przez załogę.

Doskonałą decyzją twórców Stargate’ów było obsadzenie w roli Rusha Roberta Carlyle – doskonałego, lecz niezbyt znanego szkockiego aktora. To w dużej mierze dzięki niemu franczyza dorobiła się pierwszego w historii bohatera, którego osobowość ewoluuje. Rush od samego początku był bohaterem skomplikowanym – jednocześnie fascynującym i odpychającym, a z każdym kolejnym odcinkiem Universe’a wrażenie to się pogłębiało. Poznaliśmy go jako ogarniętego obsesją naukowca, którego nic nie mogło powstrzymać w jego badaniach.

Potem poznaliśmy jednak także jego ludzką stronę, następowała także powolna ewolucja jego stosunku do reszty załogi Przeznaczenia.
„Stargate: Universe” mimo ciekawej fabuły, towarzyszącemu każdemu odcinkowi napięciu, w większości co najmniej przyzwoitej obsady i powiązania z hitową franczyzą, nie odniósł jednak spektakularnego sukcesu. Oglądalność, oscylująca wokół 1 miliona widzów w drugim sezonie, zadecydowała o całkowitym skasowaniu wszystkich Stargate’owych projektów – argumentowano, że nie ma już dla nich odbiorców, a formuła Gwiezdnych Wrót się wyczerpała. Co się jednak stało z tymi wszystkimi widzami SG-1 i Atlantis? Nie było przecież w międzyczasie żadnego serialu, do którego mogliby naturalnie odpłynąć.

Nie dla mainstreamu

Być może Universe stał się po części ofiarą popularności swoich poprzedniczek – widzowie, zamiast znanej i lubianej struktury serii, dostali coś zupełnie nowego, co w ich oczach było dyskwalifikujące.

A może po prostu wciąż brakuje w mainstreamie miejsca dla dobrego kosmicznego sci-fi? W końcu statki kosmiczne nawet dla fantastów są tematem z górnej półki, dla zwykłego śmiertelnika nie są więc wystarczająco seksowne. Chyba że orbitują wokół planety, na której toczy się akcja serialu (lub filmu), wtedy wskakują na półkę oznaczoną „akceptowalne”.
Na razie nic nie zapowiada, by w najbliższym czasie cokolwiek miało się zmienić. Żadna ze stacji telewizyjnych nie ma nawet w odległej perspektywie planów stworzenie sci-fi w kosmosie. Pewne nadzieje można być może wiązać z „The 100”, które ma pojawić się na początku przyszłego roku, jednak będzie tam jedynie statek kosmiczny w wersji soft – orbitujący wokół Ziemi, na której toczyć się będzie akcja.
Tymczasem miłośnikom kosmosu i statków przemierzających galaktyki pozostaje jedynie zapuścić stare odcinki „Star Trecka”, „Battlestar Galactica ” czy innego „Firefly’a” i wspominać dobre czasy, kiedy można było takie perełki obejrzeć w telewizji.

Dyskusja