Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Baśniowy miszmasz – recenzja „Nieustraszeni Bracia Grimm”

Ze świecą szukać kogoś, komu zupełnie obca jest twórczość braci Grimm. Dzieła niemieckich baśniopisarzy, takie jak „Kopciuszek”, „Czerwony Kapturek”, „Śpiąca Królewna”, czy „Śnieżka” towarzyszyły w dzieciństwie niejednemu z nas, bądź to czytane przed snem przez rodziców, bądź oglądane w disneyowskich intepretacjach. Dla Terry’ego Gilliama były zaś jedną z inspiracji do nakręcenia filmu pod tytułem „Nieustraszeni Bracia Grimm”.

Produkcja budziła duże emocje jeszcze na długo zanim trafiła do kin.

Wszak Gilliam to uznana hollywoodzka marka, reżyser uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami, znany choćby z takich hitów, jak „12 małp”, „Las Vegas Parano”, a przede wszystkim z obrazów o Monty Pythonie. Oczekiwania były wygórowane, a tematyka filmu i silne inspiracje zarówno sylwetkami braci Grimm, jak i motywami z ich twórczości, dla wielu było dodatkowym powodem, by z wytęsknieniem oczekiwać dnia premiery. Kiedy jednak film trafił do kin, z miejsca przyjął na siebie miażdżące ciosy ze strony krytyki.

Głównymi bohaterami produkcji są tytułowi bracia Grimm – oszuści wędrujący po wioskach i miasteczkach, którzy wyłudzają pieniądze od ich mieszkańców w zamian za rzekome wytępienie nawiedzających ich potworów, demonów i upiorów. Kiedy kłamstwa zostają zdemaskowane, chcąc zachować życie i zdrowie decydują się pomóc mieszkańcom Marbaden w rozwiązaniu zagadki znikających w dziewczynek. Wszystkie tropy prowadzą do pobliskiego lasu. Bracia Grimm z przerażeniem odkryją, że tym razem przyjdzie im zmierzyć się z prawdziwymi upiorami.

W przypadku „Nieustraszonych Braci Grimm” mamy do czynienia z typowym przerostem formy nad treścią. Scenariusz filmu, chociaż jest pozbawiony dziur i bardziej rażących nielogiczności, bazuje na dość prostym schemacie. Rozczarowanie spotka tych, którzy spodziewaliby się po Gilliamie mrocznego obrazu fantasy, uwydatniającego najokrutniejsze i najbardziej zatrważające motywy z baśni braci Grimm. Jest wręcz przeciwnie. Chociaż film miewa jeżące włos na głowie momenty, to pełen jest ironicznego humoru, typowego dla najgłośniejszych dzieł w dorobku reżysera. Mamy więc do czynienia z dość wysokich lotów dowcipem, jednak ci, którzy oczekiwali historii opowiedzianej na serio, będą mocno zawiedzeni.

Wszystkie fabularne braki i irytujące cechy konwencji, którą obrał Gilliam, do pewnego stopnia rekompensuje oprawa audiowizualna filmu. Seansowi towarzyszy wpadająca w ucho, klimatyczna muzyka Dario Marianellego. Niejednemu widzowi z pewnością spodoba się na tyle, by zechciał zainteresować się ścieżką dźwiękową. Imponująco prezentują się scenografia i kostiumy oraz zdjęcia.

Tylko nieliczni zdołają się oprzeć urokowi pięknych, pełnych kolorów kadrów Newtona Thomasa Sigela i Nicoli Pecoriniego. Bajecznie ujęcia w wiosce, z gwarnymi i wesołymi gospodami, tworzą niezwykły kontrast w stosunku do mrocznych i posępnych zdjęć w otaczającej ją kniei, gdzie zwieszone gałęzie drzew rzucają złowrogie cienie, i nigdy nie wiadomo, czy spomiędzy nich nie wyskoczy zaraz przerażające monstrum. Część spośród stworzonych przez Sigela i Pecoriniego kadrów z powodzeniem można by rozpatrywać w charakterze osobliwych, samodzielnych arcydzieł.

Osobną kwestię stanowią w „Nieustraszonych braciach Grimm” charakteryzacja i efekty specjalne. Film nie jest nimi przeładowany, jednak ilekroć występują, zawsze prezentują bardzo wysoki poziom wykonania. Do najlepszych obrazów z udziałem komputerowych technologii należy bez wątpienia scena przy studni, z której wydostaje się nieco komiczne monstrum, nazywające siebie „piernikowym potworem”.

Maziowata kreatura, przypominająca humanoidalnie uformowaną, biegającą galaretę, to jeden z wielu dowodów na to, iż pieniądze zainwestowane przez twórców w ten aspekt wizualnej oprawy filmu, zostały odpowiednio spożytkowane. Przykładów optymalnego wykorzystania potencjału drzemiącego w technologiach komputerowych jest tu jednak znacznie więcej, by wspomnieć tylko o realistycznie prezentujących się wilkołakach, czy bardzo efektownej porażce, jaką odniesie zła królowa.

„Nieustraszeni bracia Grimm” prezentują jednak nierówny poziom aktorstwa. Odtwórcy tytułowych ról nie są w swoich kreacjach tak porywający, jak sugerowałyby ich nazwiska. Matt Damon jako Wilhelm Grimm pokazał solidny aktorski warsztat, jednak nie był to występ, który został na dłużej zapamiętany przez publikę. Nieodżałowany Heath Ledger, choć spisał się od niego znacznie lepiej, również w niczym nie przypominał tu siebie ze swoich najlepszych ról.

Z kolei Delatombe’owi, w którego wcielił się Jonathan Pryce, zdecydowanie zabrakło charyzmy, jak na czarny charakter z prawdziwego zdarzenia. Ozdobą na tle dość przeciętnej obsady, jest Monica Belucci. Piękna Włoszka po raz kolejny udowodniła, że jej aktorski talent w niczym nie ustępuje nieprzeciętnej urodzie.

Trwająca blisko dwie godziny podróż do świata, w którym historyczna rzeczywistość przeplata się z elementami rodem z baśni, może okazać się niezapomniana, jeśli tylko przymkniemy oko na fabularne uproszczenia i rozbieżności między finalnym efektem, a oczekiwaniami, jakie film wzbudził na długo przed premierą. Wbrew nim, najnowsze dzieło Terry’ego Gilliama, choć z pewnością nie jest adresowane do najmłodszych odbiorców, nie skupia się na najbardziej mrocznych i przerażających aspektach twórczości tytułowych braci, a wręcz przeciwnie, całą historię okrasza niezłym, choć nazbyt rozluźniającym atmosferę humorem. „Nieustraszonych braci Grimm” warto zatem obejrzeć, jeśli oczekuje się prostej i przyjemnej historii fantasy, okraszonej imponującą oprawą audiowizualną. Ci, którzy oczekiwali mrocznej i pełnej okrucieństw recepcji dzieł niemieckich baśniopisarzy, skierowanej do najstarszych widzów, będą musieli na to jeszcze poczekać.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja