Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Chociaż dzień z tamtych lat – recenzja „Fugazi: Music Club”

Nostalgiczna podróż do Eldorado polskiego rocka

Komiksy muzyczne – mogłoby się wydawać, że to brzmi dość nietypowo. Ale synteza tych dwóch gatunków stała się ostatnio bardzo popularna. No bo jak połączyć obraz i dźwięk? Co te dwa media mogą mieć ze sobą wspólnego? A jednak Przykładem na poparcie tej tezy może być wydany niedawno komiks „Fugazi: Music Club”. Album ten został stworzony przez Marcina Podolca na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego.

Wydany przez Kulturę Gniewu album opowiada o 11 miesiącach istnienia tego właśnie klubu. To sentymentalna podróż do roku 1992, wspomnień i okresu młodości dla wielu miłośników rocka. Początek dekady był czasem zmiany ustrojów i właśnie wtedy – i chyba tylko wtedy – taki klub mógł zaistnieć. Debiutowało w nim wiele znanych dziś kapel, a te już wtedy słynne, które chętnie grały tam kilka koncertów . W pracę klubu zaangażowani byli między innymi Jurek Owsiak czy Grzegorz Miecugow. Ale prawdziwymi bohaterami komiksu są Waldek i jego przyjaciele, z którymi zakładał Fugazi: Adam, Jareczek i Boguś.

Akcja komiksu jest raczej statyczna, jak to w przypadku wspomnień i retrospekcji bywa. Nostalgiczne wspomnienia Waldka przeplatają się z obrazami mającymi przedstawiać jego przeżycia wewnętrzne. Przykładowo, gdy klub dobrze prosperuje, postać Waldka rzuca się ze sceny na morze wyciągniętych rąk; gdy w Fugazi działo się źle, bohater trafia na ziemię, gdzie na dodatek zostaje zdeptany.

Fabuła skupia się tak naprawdę na dwóch tematach: koncertach, które stanowiły sens i duszę klubu, oraz na problemach z gangsterką i mafią wymuszającą od właścicieli Fugazi haracz. To ostatecznie doprowadziło do upadku klubu, gdyż zastraszeni młodzieńcy musieli uciec się do ukrywania i porzucenia swojej ostoi marzeń i wolności.
Przy ocenie tego komiksu trzeba być bardzo ostrożnym. Można do niego podchodzić z kilku różnych perspektyw. Jeśli album ten traktować jako podróż sentymentalną do czasów, które już nigdy nie wrócą, to jest to absolutny majstersztyk. Kadry przedstawiające zastygłe w dynamicznych pozach postacie frontmenów punk rocka czy zbliżenia na usta przy mikrofonie, to utrzymane w mocno monochromatycznej kolorystyce czerni, bieli i przygaszonego błękitu mini obrazy. I zapewne niejednemu z fanów cięższych brzmień, zakręci się w oku łezka wzruszenia.

Niestety, jeśli oceniać komiks z perspektywy właśnie komiksu, tu sprawa nie wygląda aż tak dobrze. Marcin Podolec, mimo że jest stosunkowo młodym rysownikiem i scenarzystą, zyskał już grono fanów i anty-fanów. Wielu zarzuca mu pewne braki w warsztacie graficznym. Faktycznie coś w tym może być, gdyż prace raz są staranniej wykonane, a czasami wydają się być tylko szkicem. Zwłaszcza twarze trójki głównych bohaterów wydają się aż nazbyt do siebie podobne, a rozpoznać ich można tylko dzięki fryzurom.

Jak w słowach wstępu sam autor przyznaje, nie miał wcześniej nawet pojęcia o istnieniu klubu Fugazi oraz wiedzy, kim jest Waldemar Czapski. Ot, dostał po prostu zlecenie od wydawcy na narysowanie komiksu. W tym momencie należy zadać sobie pytanie: czy dobrze się stało, że człowiek, który na dobrą sprawę urodził się na chwilę przed zamknięciem omawianego klubu, stworzy dzieło będące jego hołdem? Z jednej strony ma on świeże i niezmanierowane spojrzenie na całą sprawę, wolną od osobistych przeżyć i skojarzeń. Z drugiej strony, widać wyraźnie brak tych elementów właśnie i to do tego stopnia, że jest to miejscami, aż rażące.

Fabuła komiksu została stworzona na podstawie relacji bywalców klubu. Jednak historię, którą przedstawia sam album, można przedstawić w kilku, żołnierskich słowach: klub był, to było wyjątkowe miejsce, ale już go nie ma. Nic więcej. Szkoda, bo temat Fugazi, jego bywalców, oraz zdarzeń, które miały w nim miejsce, można by zdecydowanie bardziej rozwinąć, a niektóre wątki wnikliwiej przeanalizować i bardziej rozbudować. Przykre to, bo kilka anegdot i wyjątkowych wydarzeń zostało zepchniętych do roli symbolu albo ikony, która czytelnikowi nieznającemu realiów lat 90-tych, niewiele powie.

Jako swoisty dodatek i rzecz, która niewątpliwie działa na plus tego wydania , jest galeria fotografii, która stanowi lwią część zeszytu. Są to zdjęcia zrobione głównie podczas koncertów, ale nie tylko. Na niektórych fotografiach widzimy tych zwykłych, pozornie niewyróżniających się dwudziestolatków, którzy tchnęli życie w tak niezwykłe miejsce.

Czytając „Fugazi” warto wsłuchać się w nieśmiertelne przeboje T. Love, KSU czy Houka. Klasyczne dźwięki polskich piosenek rockowych wraz z lekturą tego albumu sprawią, że chociaż na chwilę przeniesiemy się w tamte złote lata, które już nigdy nie powrócą, tak jak nie zaistnieje już nigdy taki muzyczny klub.

Jak łatwo się więc zorientować, komiks ten zmusza do refleksji i chwili zadumy. Nie nad historią Polski czy wzniosłymi wydarzeniami, ale nad miejscem, które dla wielu dzisiejszych czterdziestolatków z Warszawy było najważniejsze na świecie. Szkoda tylko, że młodszego odbiorcę album ten może znudzić i niewiele przekazać, bo był świetną okazją do pokazania kawałka historii polskiej muzyki. Naprawdę wielka szkoda.

Dyskusja