Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Solidny finał postapokaliptycznej trylogii – recenzja „Za horyzont”

„Za Horyzont” to jedna z najbardziej wyczekiwanych książek science-fiction na przestrzeni kilku miesięcy. Ostatni tom trylogii drugiego po Głuchowskim najlepszego autora powieści z uniwersum Metro 2033, Andrieja Diakowa, to zdecydowanie coś, na co było warto czekać. Co prawda wydawnictwo Insignis w oczekiwaniu na zakończenie trylogii zaproponowało nam podróż do włoskiego metra za sprawą „Korzeni niebios”, jednak wypada ono dużo gorzej niż to petersburskie.

Diakow bez zbędnych wstępów od razu rzuca czytelnika w wir wydarzeń. Taran wraz ze swoją kompanią zmuszeni są do ucieczki z metra, podczas gdy Waganie rozpoczęli wojnę. Jednocześnie chodzą słuchy, że wynaleziony został sposób na neutralizację promieniowania. Bohaterowie wyruszają więc w podróż nieco wcześniej, niż zaplanowali, w nadziei, że uda im się odnaleźć tajemniczy środek mogący stanowić remedium na najbardziej palący problem ludzkości. Jak łatwo się domyślić, będzie to podróż długa, niebezpieczna i niejednokrotnie zaskakująca.

„Za Horyzont” to typowa powieść drogi, którą rozumieć należy nie tylko jako fizyczną podróż bohaterów, celem sprawdzenia pogłosek o możliwej neutralizacji promieniowania, ale również drogę duchową, jaką pokonuje każdy z uczestników ekspedycji. Taran i jego przyjaciele zostali nakreśleni w bardzo różny sposób, a każdy z nich będzie musiał podjąć w takcie podróży istotne decyzje i następnie mierzyć się z ich konsekwencjami. Głębię i charakterystykę Diakow nadał także postaciom drugoplanowym, dzięki czemu nie stanowią oni jedynie tła dla wydarzeń, w których uczestniczą główni bohaterowie. Taran, który w poprzednich tomach był odporny praktycznie na wszystkie przeciwności losu, tym razem nie pokonuje już trudności niczym superbohater, a jego czyny nierzadko budzą dezaprobatę Gleby. Ten drugi, z naiwnego narratora, który informował nas o świecie petersburskiego metra, przeobraża się w cynicznego, dorosłego obserwatora, będącego pełnoprawnym członkiem ekspedycji.

Sposób, w jaki prowadzona jest fabuła, różni się nieco od tego, do jakiego Diakow przyzwyczaił czytelnika w poprzednich dwóch tomach. Rzuca się w oczy zwłaszcza ciężki, mroczny klimat i wszechogarniające poczucie bezsilności wobec otaczającej rzeczywistości. Podróż do Władywostoku prowadzi przez opuszczone miasta, wymarłe osady oraz siedliska zmutowanych stworzeń, będących owocami promieniowania. Nienajlepszą stroną powieści jest natomiast rywal głównych bohaterów. Sungat, przywódca Stepowych Psów oprócz tego, że jest ukazany niczym klasyczny czarny charakter z filmów akcji, wraca niczym bumerang w najmniej odpowiednich momentach. Mimo, że bohaterowie niejednokrotnie się z nim rozprawiają, ten kilkakrotnie odradza się niczym feniks z popiołów, co w pewnym momencie zaczyna budzić wręcz rozbawienie u odbiorcy.

Warto również wspomnieć o finale. Zamyka on wszystkie otwarte wątki, jednocześnie jednak pozostawia autorowi możliwość napisania kontynuacji. Tak czy inaczej, zakończenie jest interesujące i dobrze przemyślane. Czas pokaże, czy Diakow zdecyduje się kontynuować swoje dzieło, czy też pałeczkę przejmie po nim ktoś inny.

Polskie wydanie książki stoi na bardzo wysokim poziomie. Tłumacz wielokrotnie odsyła czytelnika do stopki, gdzie wyjaśnia nawiązania do innych książek z cyklu „Metro”. Dzięki temu możemy przekonać się, jak ogromny wpływ mają niektóre z przedstawianych wydarzeń na losy całego uniwersum. Niestety, nie wszystkie pozycje, do których się nas odsyła, zostały wydane w Polsce – pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce ulegnie to zmianie.

„Za Horyzont” to bardzo dobra książka, będąca solidnym zwieńczeniem trylogii Diakowa. Autor stanął na wysokości zadania, tworząc bardzo dobry cykl osadzony w uniwersum „Metro”. Nie ulega wątpliwości, że na długo pozostanie on w pamięci czytelników.

Ocena: 4/5

Dyskusja