Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Uwięziona w zaświatach – recenzja „Istnienie”

Miłośnicy horroru nie są w ostatnim czasie specjalnie rozpieszczani. Filmów grozy pojawia się niewiele, a jeśli już, to sprawiają wrażenie tworzonych na jedno kopyto. Od kilku lat praktycznie nie wyświetlano w kinach produkcji innych niż slashery, tudzież obrazy traktujące o opętaniach, czy nawiedzonych domach. Trafiały się wśród nich perełki, których autorzy umiejętnie nawiązywali do kanonów gatunku, by wspomnieć tylko „Naznaczonego”, czy „Obecność”, ale to raczej wyjątki od reguły. Stąd też mogłoby się wydawać, że każda podejmowana przez filmowców próba stworzenia czegoś ambitniejszego, wymykającego się większości znanych konwencji, zasługuje na uwagę widza. Czy aby na pewno?

„Istnienie” to najnowszy film Vincenzo Nataliego, który w swojej karierze wsławił się takimi produkcjami, jak „Cube”, „Zakochany Paryż”, czy „Istota”.

Poznajemy w nim Lisę w przededniu jej szesnastych urodzin. Kłopot w tym, że dzień ten powtarza się każdego dnia. Co ranek budzi się, wiedząc, że już za kilkadziesiąt godzin będzie celebrować swoje święto, które jednak nigdy nie nadchodzi. Rodzina Lisy zdaje się tego nie zauważać, ona sama jednak szybko dochodzi do wniosku, że od dawna nie ma ich już wśród żywych. Jako jedyna jest świadoma, że jest duchem. Nie może jednak podzielić się tym z rodzicami i bratem, gdyż pewien przerażający mężczyzna grozi straszliwymi konsekwencjami. Lisa jest jednak nieprzejednana: krok po kroku odkrywa straszliwą prawdę o historii domu, w którym mieszka, a także tragicznego losu jego niegdysiejszych mieszkańców.

W filmowych horrorach o podobnej fabule groza zza światów na ogół daje się we znaki śmiertelnikom, którzy ośmielili się zamieszkać w domostwie o tragicznej historii.

U Vincenzo Nataliego sytuacja wygląda zgoła inaczej. Akcja filmu nie toczy się w świecie żywych. Lisa prowadzi pozornie zwyczajne życie – śpi i budzi się, wraz z rodziną spożywa posiłki, dyskutuje, a w wolnych chwilach pogrywa na klarnecie. Inna sprawa, że każdego dnia zjada to samo, rozmowy z rodzicami i bratem poświęcone są tym samym tematom, a klarnet co dzień wygrywa identyczną melodię. Rodzice Lisy nie przyjmują do wiadomości stanu, w którym się znajdują; jako jedyna spośród domowników widzi i rozumie więcej – perspektywa wieczności spędzonej w podobny sposób jawi się jej jako istne piekło. Ostatecznie nastolatka nie baczy na konsekwencje i podejmuje nierówną walkę ze złem, które od dawna zamieszkiwało jej dom.

Wszystko to zapowiada się bardzo obiecująco, perfekcyjnie bowiem wytworzono wokół głównej bohaterki atmosferę osamotnienia i zaszczucia: nie podejmując walki, skazywałaby się na wieczne katorgi, natomiast podejmując ją, ryzykuje konfrontację z przeciwnikiem, o którego naturze i mocy wie bardzo niewiele.

Lisa dowiaduje się o kolejnych tajemnicach zamieszkiwanego przez nią domostwa, aż wreszcie zdaje sobie sprawę, kim jest ów przerażający mężczyzna, pojawiający się w domu i grożący jej za każdym razem, gdy ta wtyka nos w nie swoje sprawy.

Zdradzenie w tym momencie większej ilości szczegółów groziłoby zepsuciem potencjalnemu widzowi przyjemności seansu, dość wspomnieć, że Vincenzo Natali hołduje swoim upodobaniom do komplikowania całej historii, każąc bohaterce podróżować w czasie i po rozmaitych wymiarach. I choć całość wydaje się dość spójna i logicznie ze sobą powiązana, to jednak pod koniec seansu trudno oprzeć się wrażeniu, że fabuła, zwieńczona w gruncie rzeczy dość przewidywalnym zakończeniem, została przez twórców nieco przekombinowana.

Tym, co odróżnia „Istnienie” od dziesiątków innych, powstałych w ostatnim czasie horrorów, jest całkowity brak krwi. Film ma swoje momenty, w których atmosfera narastającego zagrożenia w dużym stopniu udziela się widzowi. Efekt ten osiągnięto dzięki niespiesznej, stonowanej narracji, momentom całkowitej ciszy, w których ledwie tyknięcie zegara jest w stanie zjeżyć włos na głowie, oraz muzyce: pojawiającej się w odpowiednich momentach, o ponurym, niepokojącym brzmieniu, zwiastującej zbliżające się niebezpieczeństwo.

Nie bez znaczenia są też zdjęcia i scenografia. Dość wspomnieć, że przez niemal cały film akcja toczy się w zaledwie trzech pomieszczeniach: pokoju Lisy, salonie, oraz garażu, w którym ojciec nastolatki od dawien dawna bezskutecznie próbuje naprawić zepsuty samochód. Tylko kilkakrotnie główna bohaterka zapuszcza się w podróż do nieznanych jej wcześniej, skrzętnie ukrytych miejsc w domu – tam też odkrywa jego mroczną historię i przekonuje się, że ona i jej rodzina nie są jedynymi, uwięzionymi pomiędzy światami.

Niestety, jednym z mankamentów „Istnienia” okazuje się odtwórczyni głównej bohaterki. Siedemnastoletnią Abigail Breslin co niektórzy widzowie mogą pamiętać jako dziecięcą gwiazdę, występującą w familijnych komediach w rodzaju „Śniętego mikołaja 3”, tudzież „Wyspy Nim”. W filmie Vincenzo Nataliego z racji nietuzinkowej urody na pewno przyciągnie uwagę męskiej części publiczności, jednak raczej nikogo nie zachwyci swoją grą. Wprawdzie w większości scen radzi sobie przyzwoicie, ale z czasem zaczyna się dostrzegać mankamenty w jej grze, zwłaszcza, jeśli chodzi o umiejętności mimiczne – repertuar aktorki wydaje się w tym aspekcie mocno ograniczony. I chociaż nie sposób odmówić jej potencjału, to jednak rolą w „Istnieniu” raczej wielkiej sympatii fanów sobie nie przysporzy.

Choć odtwórczyni głównej bohaterki momentami zawodzi, to znajduje się w obsadzie kilkoro aktorów, którzy występ w „Istnieniu” mogą zaliczyć do udanych. Wśród nich jest Peter Outerbridge, z przekonaniem wcielający się w Bruce’a, ojca Lisy, nade wszystko jednak Stephen McHattie. Miłośnicy fantastyki kojarzyć go mogą z takich produkcji, jak „300”, „Watchmen – Strażnicy”, bądź „2012”. W „Istnieniu”, jako nieprzedstawiony widzowi z imienia, przerażający mężczyzna, spisuje się wyśmienicie: surowy wyraz twarzy, diabelski błysk w oku i odpowiednia charakteryzacja czynią go bohaterem wywołującym ciarki u widza, ilekroć tylko pojawia się na ekranie.

„Istnienie” posiada kilka niezaprzeczalnych atutów, ma jednak i parę poważnych wad. Czy warto zatem udawać się nań do kina? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie w sposób jednoznaczny: „Istnienie” to niewątpliwie próba ciekawa i ambitna, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nieco przekombinowana. Horror inny, niż większość tych, które mieliśmy okazję oglądać w ostatnich latach, a jednak nie dość dobry, by polecić go z czystym sumieniem każdemu miłośnikowi gatunku.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja