Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Hobbit – spełnione oczekiwania – recenzja „Hobbit – Pustkowie Smauga”

W kinach właśnie pojawiła się druga część „Hobbita” – „Pustkowie Smauga”. Dobre filmy to takie, które tworzonym klimatem napawają nas ochotą do przeczytania książki, a to kryterium z pewnością „Hobbit” spełnia.

Pierwsza scena jest retrospekcją, w której Gandalf spotyka Thorina jeszcze na długo przed wyprawą i opowiada mu o Smaugu oraz o arcyklejnocie.

Następnie akcja przenosi się do momentu, w którym skończyła się część pierwsza. Bilbo wspólnie z trzynastką krasnoludów oraz siwobrodym czarodziejem kontynuuje podróż w kierunku Samotnej Góry, spotykając po drodze pająki, elfy z Północnego Królestwa oraz zatrzymując się na chwilę w Esgaroth.

Akcja od początku do końca biegnie z prędkością Usaina Bolta. Dzieje się naprawdę dużo, film ani na chwilę nie pozwala widzowi na przymknięcie powieki, o znudzeniu nie ma nawet mowy. Peter Jackson zwinnie drybluje pomiędzy faktami z książki, nie trzyma się ich jednak kurczowo, co jest dużą zaletą obrazu. Dzięki temu dzieło filmowe stało się o wiele bardziej dynamiczne od książki. Kunszt reżyserski Jacksona dostrzegalny jest na pierwszy rzut oka.

Już od pierwszych minut czuć to, co czuliśmy oglądając wszystkie części „Władcy Pierścieni”.

Czego można było spodziewać się idąc na ten film? Z pewnością heroicznej opowieści o potędze, zaufaniu i odwadze, ale nie oszukujmy się – oprócz tego oczekiwaliśmy także genialnej oprawy audio-wizualnej, do której Jackson zdążył przyzwyczaić swoich widzów. Pomówmy najpierw o tym, co filmowi wyszło na plus, czyli przede wszystkim o Smaugu. Kreacja potężnego, złego i chciwego smoka Jacksonowi wyszła wprost nieziemsko, tak samo jak jego komputerowe odwzorowanie. Dzięki wykorzystaniu takich technik, jak Motion Capture animacja smoka zapiera dech w piersi, a nad samym modelem graficy spędzić musieli mnóstwo czasu i wylać hektolitry potu.

Kostiumy i grafika orków także zasługują na uznanie, zwłaszcza dlatego, że nie do końca wiadomo, w którym momencie kończy się kostium, a zaczyna się komputer.

Nie zabrakło jednak i słabszych stron. Animacja lejącego się złota nie wyglądała najlepiej, a Thorin rzucający się na płynne złoto w taczce sprawiał wrażenie wklejonego, co na tle dobrych efektów specjalnych wyglądało po prostu słabo. Zamiana krasnoludów na graficzne modele była prawie niezauważalna, aczkolwiek oko wprawnego widza dostrzeże ten trick bez większych problemów. Wspominana zamiana najbardziej rzucała się w oczy podczas scen ucieczki krasnoludów w beczkach, ale cóż, nawet kaskaderom trudno byłoby zagrać w tej scenie.

Jeśli jesteśmy przy temacie beczek, jedna rzecz nie daje spokoju. Wplecenie pomiędzy ujęcia z najlepszej na rynku kamery – Reda, ujęć z kamery Go Pro.

Skok jakościowy był tak ogromny, że popsuło to wrażenie dobrego technicznie filmu na następne dziesięć minut. Ujęć tych równie dobrze mogłoby nie być, a film dużo by na tym zyskał. Nie zabrakło też minimalnych błędów w montażu, na przykład Kili rozmawiający z Tauriel na zbliżeniu ma twarz pomiędzy prętami drzwi, a na planie ogólnym jego głowa znajduje się metr za drzwiami. Ujęcia takie powinny być zmontowane w odległości od siebie, nigdy po sobie, lecz nie bądźmy aż tak drobiazgowi.

Jeśli chodzi o grę aktorską niektórzy aktorzy wypadli lepiej, inni trochę gorzej. Na pochwałę zasługuje Richard Armitage grający Thorina. Aktor zdecydowanie umacnia nas w przekonaniu, że jest to jego życiowa rola. O kunszcie aktorskim Iana McKellena (Gandalf) oraz Martina Freemana (Bilbo) nie można powiedzieć wiele więcej ponad to, co zostało już wiele razy powiedziane – klasa sama w sobie. Uogólniając, wszyscy aktorzy grający krasnoludów zagrali bardzo dobrze, zadziornie, zabawnie i właśnie tak, jak widz może sobie wyobrazić przedstawicieli tej rasy.

Niestety nie tak, jak mogliśmy się po nim spodziewać, zagrał Lee Pace (król Thranduil). Jego kreacja wypadła najgorzej z całego filmu, nie odnalazł się w roli elfiego władcy.

Jackson bardzo wysoko postawił sobie poprzeczkę wszystkimi swoimi poprzednimi dziełami i na pewno udało mu się w drugiej części „Hobbita” stanąć na wysokości zadania. Choć film nie powala na kolana ogląda się go z przyjemnością, a przez liczne odniesienia do Tolkienowskiej twórczości sprawia wrażenie bardzo dogłębnie przemyślanej produkcji. W skrócie, bardzo dobre filmowe rozpoczęcie nowego 2014 roku.

Ocena: 4/5

Dyskusja