Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kolejna kolorowa historia z giełdy rodem – recenzja filmu „Wilk z Wall Street”

Ostatnio Leonardo DiCaprio mieliśmy okazję zobaczyć w przepełnionym kiczem i efektami specjalnymi „Wielkim Gatsbym”. Tym razem podjął się on pracy z Martinem Scorsese, który postanowił przebić wspomniany nadmiar przepychu opowieścią o słynnym Jordanie Belforcie. A podobieństw między tą produkcją, a adaptacją Fitzgeralda można z czasem dostrzec jeszcze więcej…

O Jordanie Belforcie głośno było kilkanaście lat temu, gdy jego oszustwa wyszły na jaw.

Wsławił się jako utalentowany młody makler, który swoje ostatnie pieniądze wydał na bilet autobusowy na Wall Street. Gdy dostał pracę na pełen etat, pierwszego dnia nastąpił krach, a zatrudniająca go firma upadła. Po wewnętrznym kryzysie rozpoczął własny mały biznes i postanowił wykorzystać swoją siłę perswazji do sprzedawania „śmieciowych akcji” bogatym inwestorom. I tak, kilkoma nielegalnymi metodami zarobił ponad sto milionów dolarów.

Fabuła nie sprawia wrażenia zbyt wyrafinowanej, ponieważ historii o mnóstwie pieniędzy, kupowaniu nimi szczęścia i idącym za tym uzależnieniu od narkotyków, było już mnóstwo. Taki obrót spraw wymaga od reżysera oryginalnego podejścia. Trzeba przyznać, że Scorsese, spełnił większość oczekiwań. Postanowił postawić na rozrywkę, śmiech i mnóstwo zabawy. Nie dowiemy się więc, jakie motywy kierowały Jordanem, gdy wybierał taką, a nie inną ścieżkę kariery.

Nikt też nie ma zamiaru pokazać nam dzieciństwa głównego bohatera, bowiem retrospekcja rozpoczyna się od momentu, w którym Belfort miał dwadzieścia dwa lata. Widz ma okazję zobaczyć życie przepełnione sukcesem, milionami pieniędzy, chciwością, a przede wszystkim, może zaobserwować jak funkcjonuje Wall Street.

Leonardo nadaje się do tej roli jak nikt inny. Niezależnie od legalności biznesów Jordana nie można odmówić mu prawdziwego geniuszu. DiCaprio miał okazję pokazać swój aktorski talent w scenie, w której główny bohater wychodzi na scenę przed setkę swoich pracowników i motywuje ich do pracy. Dopiero wtedy przypomina nam się, że pomimo obecności Jonaha Hilla nie mamy do czynienia ze zwyczajną komedią.

Humor zasługuje tutaj na oddzielny akapit. Jeżeli ktoś przychodzi pośmiać się i zrelaksować, to spotka się z dużą dawką świetnego, inteligentnego dowcipu.

Błyskotliwe dialogi, narkotykowe ekscesy większości pierwszo- i drugoplanowych bohaterów oraz świetne rozmowy ze szwajcarskim właścicielem banku, potrafią wywołać uśmiech na ustach widza.

Można więc dojść do wniosku, że „Wilk z Wall Street” zostanie kilkakrotnie nominowany do Oscara, zdobędzie je wszystkie i przejdzie do historii kinematografii. Bynajmniej… Przede wszystkim brakuje porządnej puenty, czego niestety uczepić się nie można. W końcu jest to historia oparta na faktach i Scorsese nie jest w tym przypadku winny, że akurat tak potoczyło się życie Jordana Belforta. Nie może jednak podobać się skrupulatne kończenie wszystkich wątków przez reżysera. To skłania widza bardziej do opinii, ze nowy film Scorsese to bardziej komedia niż dramat.

„Wilk z Wall Street” to solidna, dobra produkcja. Okazuje się, że Leonardo DiCaprio pokazałby klasę nawet w reklamie gumy do żucia i nie potrzebuje do tego wybitnego scenariusza. Jego duet ze Scorsese wzbudzał wiele negatywnych emocji, ale trzeba przyznać, że z ich współpracy wyszedł dobry film. Brakuje niedomówień, nerwów i niedokończonych wątków, ale warto przejść się do kina, żeby znów docenić DiCaprio.

Ocena: 4/5

Dyskusja