Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kosmiczna rozwałka – recenzja gry „Bulletstorm”

Polscy producenci gier komputerowych poczynają sobie w swojej branży coraz śmielej. Kolejne części „Wiedźmina” zyskują rozgłos na całym świecie, „Dead Island” sprzedaje się w milionowych egzemplarzach, a „Call of Juarez” odnajduje drogi do domów setek tysięcy graczy. Gdzieś w tym wysypie rodzimych hitów przeszedł bez większego komercyjnego sukcesu – mimo świetnej prasy i ocen – „Bulletstorm” studia People Can Fly.

Obrazek

W grze przejmiemy stery nad byłym komandosem, Graysonem Huntem. Niegdyś był on na usługach okrutnego generała Serrano, nieświadom jego zbrodniczych zapędów. Kiedy jednak poznał się na swoim mocodawcy, który – jak się okazało – niejednokrotnie oszukiwał go co do charakteru wyznaczanych mu zadań, Hunt poprzysiągł zemstę. Pech chce, że statek kosmiczny, którym leci, rozbija się na Stygii – planecie niegdyś będącej wspaniałym, luksusowym kurortem, dziś natomiast zamieszkanej przez zmutowane rośliny i klany skonfliktowanych monstrów. Hunt musi przede wszystkim wydostać się z tego skrajnie nieprzyjaznego miejsca. Nie przypuszcza, że zanim to się stanie, będzie miał okazję spotkać swojego śmiertelnego wroga.

Pod względem fabularnym „Bulletstorm” wypada zadowalająco. Nie zachwyca, ale i nie można powiedzieć, by opowiedziana tu historia była do bólu banalna. To w gruncie rzeczy dość typowe, nieco przewidywalne, a jednak bardzo emocjonujące science-fiction. Mocną stroną historii są bohaterowie. Trishka – seksowna i niezależna mścicielka, gotowa zrobić wszystko, by pomścić śmierć swojego ojca. Ishi – towarzysz głównego bohatera, którego cyborgiczna część tożsamości w miarę rozwoju fabuły zaczyna brać górę na tą ludzką. Jest i sam Sarrano, jeden z najbarwniejszych antagonistów w historii tego rodzaju gier. Bezczelny, podstępny, bez przerwy rzucający mięsem typ, do którego jednak trudno nie zapałać specyficznego rodzaju sympatią. Wreszcie, jest i sam Hunt – na tle pozostałej trójki wyróżniający się głównie słabością do mocniejszych trunków. Jest w „Bulletstormie” miejsce na przyjaźń, na zdradę i poświęcenie, pojawia się kilka zaskakujących zwrotów akcji, krótko mówiąc – wszystko to, czego trzeba w efektownej, choć niekoniecznie pretendującej do bycia ambitną historii.

Obrazek

Sama rozgrywka przypomina połączenie typowych, efektownych FPS-ów w rodzaju „Gears of War” z zawadiacką sieczką w stylu „Serious Sam”. Kluczowym jej elementem jest walka z kolejnymi zastępami wrogów. Droga do celu, jakim jest ucieczka ze Stygii, wiedzie – całkiem dosłownie – po trupach. A rywali, których trupem należy położyć, mamy całe mnóstwo, gdyż inwencja twórców w tej kwestii jest godna podziwu. Na naszej drodze staną przerośnięte, ogrowate osiłki z wielkimi giwerami. Są i znacznie zwinniejsi, wytatuowani beserkerzy, atakujący w grupie i usiłujący posiekać Hunta maczetami. Z kolei typy zwane „Flailbomberami” noszą wybuchowe bandoliery, które po kontakcie z naszą kulą wybuchają, robiąc dużą krzywdę wszystkim dookoła. Urozmaiceniem są minibossowie, spotykani nieco rzadziej i wymagający wstrzelenia w ich cielska nie kilkudziesięciu, a kilkuset kul. Kilkukrotnie zaś zmagamy się z doprawdy monstrualnymi kreaturami, których nie da się pokonać przy użyciu konwencjonalnych metod. Dość wspomnieć, że walka z ogromnym, godzillopodobnym gadem rujnującym Stygię ciągnie się niemal przez cały osobny etap.

Obrazek

Tym, co sprawia, że zabijanie setek, jeśli nie tysięcy rywali nie nudzi ani przez moment, jest ciekawy system punktowania zabójstw. „Bulletstorm” stwarza niezliczone możliwości, jeśli idzie o eliminowanie wrogów, a im bardziej finezyjnie tego dokonamy, na tym większą gratyfikację punktową możemy liczyć. Za zwykłe odstrzelenie przeciwnika zyskujemy tylko ich symboliczną ilość, ale jeśli już wykopiemy go w przepaść, nadziejemy na kolce zmutowanego kaktusa bądź wykastrujemy posyłając grad kul w jego krocze, nagroda będzie bardziej okazała. Co ciekawe, każdy z tak zwanych skillshotów (których jest tu kilkadziesiąt) ma swoją nazwę, obnażającą poczucie humoru twórców i jakże adekwatną do zawadiackiego charakteru rozgrywki. Dla przykładu, sztuczka z przepaścią nazywa się „Polecony”, z kaktusem zaś – „Akupunktura”.

Obrazek

Dlaczego jednak warto zbierać punkty i wykonywać skillshoty? Poza satysfakcją z kolejnych, odblokowanych sztuczek, mamy z tego całkiem wymierne korzyści. Co jakiś czas, przemierzając kolejne etapy, znajdujemy zasobniki. Łącząc się z nimi, w zamian za zebrane punkty, możemy kupować nowe bronie i amunicję. Także i w tym aspekcie „Bulletstorm” prezentuje się imponująco. Do dyspozycji gracza oddano futurystyczne pistolety i karabiny, ale także oręż umożliwiający przecinanie rywali w pół. Co istotne, każdy z nich można ulepszyć, powiększyć magazynek, a także kupić dopalacz, wzmacniający daną broń. Osobną kwestię stanowi karabin snajperski. Jego niesamowitą właściwością jest to, że po wystrzeleniu pocisku kierujemy jego lotem, aż do momentu, gdy kula nie okaże się zmarnowana, bądź nie zagnieździ się w czaszce wroga. Warto też wspomnieć o ciekawym gadżecie, jaki trafia na nasze wyposażenie już na początku gry. Mowa o smyczy magnetycznej, która ma wielorakie zastosowanie. Za jej pomocą można na przykład przyciągnąć rywali do siebie, by następnie sprzedać im kilka solidnych kopniaków, ale też wpływać na otoczenie – przeciągać obiekty czy niszczyć przedmioty zagradzające nam drogę.

Tym, co na pewno rzuci się w oczy graczom już w chwilę po włączeniu „Bulletstorma”, jest rewelacyjna oprawa audiowizualna. Dzieło programistów z People Can Fly to prawdziwa uczta dla zmysłów! Grafika prezentuje bardzo wysoki poziom. Świetna jakość tekstur, pieczołowicie przygotowane lokacje i dbałość o każdy element otoczenia na pewno nie umknie uwadze koneserom graficznych majstersztyków. Efekty specjalne, takie jak wybuchy czy wystrzały, są wręcz oszałamiające, a najbardziej spektakularne sceny z gry, jak ta podczas walki z przypominającym Godzillę potworem, wręcz wbijają w fotel. Wszystko to zaś mamy przyjemność podziwiać przy akompaniamencie rewelacyjnej muzyki, na którą składają się zarówno kawałki dynamiczne, idealnie spełniające rolę tła podczas futurystycznych walk, jak i bardziej patetyczne – by wspomnieć zapadający w pamięć motyw towarzyszący zakończeniu, jak i odtwarzany w menu głównym.

Obrazek

„Bulletstorm” to jedna z tych gier, o których jakości najlepiej przekonać się na własne oczy. Tytuł ten wyprzedza zdecydowanie większość swoich konkurentów. Niesamowicie grywalny, okraszony cudowną wręcz oprawą i proponujący może nie odkrywczą, ale jednak interesującą historię, na której poznanie trzeba zarezerwować ładnych kilkanaście godzin. Gwarantuję jednak, że dla nikogo, kto zechce wcielić się w Hunta i wraz z nim skopać tyłek generałowi Serrano, czas ten nie będzie stracony.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja