Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nieporozumienie zakrawające o perwersję – recenzja „Wielcy zboczeńcy”

Pisanie książek poświęconych historii nie jest łatwą sztuką. Nawet jeśli nie chcemy tworzyć pracy naukowej, a naszym zamiarem jest jedynie wydanie popularnonaukowej publikacji, wymaga to mnóstwa czasu i wysiłku, poświęconego na wyszukiwanie kolejnych materiałów i źródeł, a następnie poddania ich rzetelnej krytyce, by następnie zaprezentować je odbiorcy w przystępnej formie. Zasady te, choć bezdyskusyjne i absolutnie niepodważalne, przewyższają możliwości niejednego badacza. Namacalnym tego dowodem są „Wielcy zboczeńcy” autorstwa Elwiry Watały.

Tytuł książki dość jasno zwiastuje, jakich treści czytelnik może spodziewać się na jej kartach. Publikacja Elwiry Watały, której dotychczasowy książkowy dorobek jest dość obszerny, choć niektóre dzieła zostały wydane dotąd jedynie w języku rosyjskim, poświęcona jest historii najrozmaitszych seksualnych dewiacji oraz tych, którzy zwykli je praktykować. Temat wydaje się niezwykle interesujący i stwarzający autorce ogromne pole do popisu, a jednak potencjał nie został wykorzystany i ostatecznie na półki księgarni trafiła książka skrajnie niedopracowana, chaotyczna i pozostawiająca czytelnika z niesmakiem.

Spoglądając do spisu treści, można odnieść wrażenie, że materiał zgromadzony przez autorkę został jako tako uporządkowany. „Wielcy zboczeńcy”, nie licząc króciutkiego wstępu (na podsumowanie swojej pracy autorka się nie zdobyła), składają się z trzech zasadniczych części. Nazwa pierwszej, zatytułowanej „Kult fallusa”, mówi sama za siebie – choć można zachodzić w głowę, dlaczego właśnie tutaj znalazły się rozdziały poświęcone prostytucji i heterom. W drugiej, noszącej tytuł „Dewiacje seksualne”, Elwira Watała przygląda się dziejom poszczególnych zboczeń, między innymi kazirodztwu, pedofilii, nekrofilii, czy zoofilii. Homoseksualizm okazał się zaś zagadnieniem na tyle obszernym, że poświęcono mu osobną, trzecią część książki.

Choć dobór tematów podjętych na łamach książki przez Elwirę Watałę uznać należałoby za słuszny, to już lektura pierwszych rozdziałów udowadnia, że „Wielcy zboczeńcy” nie mają nic wspólnego z choćby najbardziej ogólnymi, powszechnie przyjętymi zasadami pisania popularnonaukowych prac historycznych. Pierwszym, co rzuca się w oczy podczas lektury, jest niewyobrażalny informacyjny chaos. Już w pierwszej części książki autorka, przedstawiając zagadnienie kultu fallusa i odnosząc się do faktów i anegdot z różnych historycznych epok, za nic ma chronologię. Najpierw wspomina o szesnastowiecznym włoskim pisarzu, chwilę potem jest mowa o antycznych Pompejach, by za moment zapoznać czytelnika z informacjami o Rosji carów i nowożytnej Francji. To jednak nic w porównaniu z dalszą częścią rozdziału, na który składa się kilkadziesiąt krótkich (niekiedy wręcz jedno- czy dwuzdaniowych) wzmianek luźno powiązanych z tematyką tej części książki, a niekiedy wręcz nie związanych z nią niemal w ogóle! Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że historyczne anegdoty dotyczące kultu fallusa na przestrzeni dziejów, zostają nagle przerwane dygresją poświęconą historii wyrazu „seks”? Nawet jeśli autorka – jak twierdzi – poświęciła wiele czasu na zebranie materiałów przedstawionych w książce, to nie zadała sobie żadnego trudu, by w jakikolwiek sposób je uporządkować. Czytelnik, ceniący sobie elementarny ład i usystematyzowanie przedstawianych treści, będzie miał kłopot, by przebrnąć przez pierwszych kilkadziesiąt stron, a co dopiero przez ponad trzysta stron publikacji.

Chaotyczny układ przedstawianych treści nie dawałby się może we znaki do tego stopnia, gdyby nie fakt, że autorka w całej publikacji nie zamieściła ani jednego przypisu, który odsyłałby czytelnika do konkretnego źródła. Owszem, na końcu książki znajduje się złożona z kilkudziesięciu pozycji bibliografia, ale chcąc dowiedzieć się, skąd autorka zaczerpnęła informację na przykład o zepsutych zębach małżonki Napoleona Bonaparte, czytelnik jest w kropce. Osobną kwestię stanowi fakt, iż znaczna część bibliografii to pozycje rosyjskojęzyczne, których próżno szukać w rodzimych księgarniach czy bibliotekach.

O ile warsztat historyczny autorki można ocenić tylko i wyłącznie negatywnie, tak sposób, w jaki opisuje ona poszczególne zagadnienia, wzbudzić może kontrowersje. Książka bynajmniej nie jest pisana językiem akademickim, przeciwnie, styl przywodzi na myśl gawędę przy niskoprocentowym trunku. Być może do niektórych taki język trafi, z pewnością nie zabraknie jednak i takich, którzy uznają, iż nie przystoi on osobie z wysokim tytułem naukowym. Książka nie tylko jest pełna ironicznych uwag czy kąśliwych komentarzy ze strony autorki, tudzież bezpośrednich zwrotów do czytelnika, ale i potocznego, niekiedy wręcz wulgarnego słownictwa, które znacznej części odbiorców wyda się niewłaściwy dla popularnonaukowej rozprawy.

Jedynym, co broni „Wielkich zboczeńców”, jest fakt, że Elwira Watała zgromadziła w swojej książce niezliczone anegdoty, ciekawostki i historyczne fakty. Są one niepoparte przypisami, nieuporządkowane i sprawiające wrażenie zamieszczonych w publikacji w sposób bezkrytyczny. Czytelnik, wziąwszy do ręki „Wielkich zboczeńców”, może dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy. Jeśli jednak przyjdzie mu do głowy podzielić się wiedzą z innymi, dobrze byłoby, gdyby wcześniej zweryfikował podane w książce informacje.

„Wielcy zboczeńcy” udowadniają, jak niełatwe jest pisanie publikacji poświęconych minionym dziejom. Mimo niskiego poziomu opisywanej książki, odległy byłbym od sugerowania, by Elwira Watała trzymała się od tego zajęcia z daleka. Gołym okiem widać, że historia, zwłaszcza zaś historia seksu, dewiacji i niemoralnych poczynań wielkich osobistości, to jej wielka pasja, o której pisze z zaangażowaniem. Jednak aby podobne książki miały dla średnio rozgarniętego czytelnika jakąkolwiek wartość, autorka zapoznać się z warsztatem pracy historyka. Tylko tyle i aż tyle. Na to nigdy nie jest za późno.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja