Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Solidnie, choć schematycznie – recenzja filmu „Obecność”

Horror uchodzi za bardzo wyeksploatowany gatunek. Pisarze czy bądź filmowcy, którzy chcieliby w jego obrębie zaproponować coś świeżego i oryginalnego, nie mają łatwego zadania. Czasem jednak, aby zyskać przychylność widzów i poklask u krytyki, wystarczy stworzyć solidny, dobry od strony czysto rzemieślniczej utwór, czerpiący z najlepszych wzorców danej konwencji. Dokładnie tak, jak uczynił to James Wan z „Obecnością”.

O tym, że malezyjski reżyser umie straszyć, mogliśmy przekonać się już niejeden raz.

To właśnie on nakręcił w 2003 roku pierwszą i zdecydowanie najlepszą odsłonę cyklu „Piła”. Spod jego ręki wyszedł dobry, choć niedoceniony „Naznaczony”. W kilku innych filmach grozy pełnił rolę producenta, tudzież scenarzysty. Romans Jamesa Wana z horrorem trwa – i patrząc na jego owoce, należałoby trzymać kciuki, by trwał jak najdłużej.

To, co Wan nam proponuje tym razem, to w gruncie rzeczy dość standardowa historia o nawiedzonym domu. Duchów zamieszkujących stare, podupadające domostwa i nękające swą – nomen omen – obecnością nowych lokatorów, widzieliśmy już setki i nie można powiedzieć, by te, które poznamy tym razem, były w jakikolwiek sposób wyjątkowe.

Początek jest dość typowy. Widzimy amerykańską rodzinę, wprowadzającą się do „domu z przeszłością”, w nadziei, że w nowym lokum pędzić będą spokojne i szczęśliwe życie.

Szybko okazuje się, że nie będzie im to dane: pierwsze niepokojące zjawiska dostrzegają córki państwa Perronów, jednak nie mija wiele czasu, kiedy i rodzice spostrzegą, że w domu dzieją się dziwne rzeczy. Zdeterminowani, by położyć temu kres, sięgają po pomoc dwojga popularnych badaczy zjawisk paranormalnych – Lorraine i Eda Warrenów.

Wkrótce specjaliści od nawiedzeń odwiedzają rodzinę Perronów. Nie przypuszczają jednak, że będzie to jedna z najtrudniejszych spraw w ich dotychczasowej karierze. Dodatkowego smaczku całej historii dodaje fakt, że jest ona – jak reklamują producenci – oparta na faktach, co oznacza tyle, iż państwo Warrenowie, istotnie specjalizujący się w tematach opętań i nawiedzeń, w rzeczywistości zmagali się niegdyś z problemem trapiącym filmowych Perronów.

Akcja „Obecności” rozwija się niespiesznie, dając widzowi czas na zaznajomienie się z bohaterami i – przynajmniej częściowo – historią miejsca,

które nieszczęśliwie wybrali na swój nowy dom. Sceny te przeplatane są obrazami z wykładów Warrenów, w trakcie których kilkakrotnie zaznaczają, iż większość domniemanych opętań i nawiedzeń da się wytłumaczyć racjonalnie, gdyż wynikają one z podświadomych lęków czy psychicznych zaburzeń, nie zaś faktycznego działania demonicznych sił. Po przybyciu do domu Perronów nabierają jednak przekonania, że w tym przypadku mają do czynienia z prawdziwym problemem.

Jednym z największych atutów „Obecności” są liczne nawiązania do kultowych dzieł gatunku i ukłony w kierunku twórców, których wizje wyprzedziły Wana o kilkadziesiąt lat. Scena z gołębiami natychmiastowo przywodzi na myśl „Ptaki” Hitchocka, a widz będący za pan brat z horrorem, odnajdzie tu szereg nawiązań do dzieł klasycznych. Zarówno charakteryzjacja aktorów, jak i zabiegi czysto techniczne, w rodzaju specyficznych zoomów, przywodzą na myśl obrazy sprzed kilku dekad, które współcześni widzowie mogą znać jeszcze z wypożyczalni kaset VHS.

James Wan w żadnym momencie nie przekracza jednak granicy banału: choć zapożyczeń i nawiązań jest tu mnóstwo, ani na chwilę nie zapomina się o opowiadanej historii.

James Wan to przede wszystkim zdolny rzemieślnik, co udowadniał już dotąd wielokrotnie, i czego kolejny dowód daje w „Obecności”. Malezyjski reżyser doskonale wie, jak wykorzystać dość standardowe metody straszenia (jump sceny, głośniejsze wstawki dźwiękowe, pojawiająca się ni stąd ni zowąd przed kamerą upiorna facjata) w taki sposób, by wywołały one należyty efekt nawet u widza, który widział wcześniej podobne rozwiązania już dziesiątki razy. Nie bez znaczenia jest także muzyka, skomponowana przez Josepha Bisharę: może nie na miarę Oscara, ale zdecydowanie spełniająca swoją rolę.

Zupełnie dobrze poradzili sobie również aktorzy. Po seansie „Obecności” wprawdzie nikt raczej nie stanie się nagle zagorzałym fanem żadnego z członków obsady, niemniej jednak odtwórcy najwazniejszych ról poradzili sobie ze swoimi zadaniami nadzwyczaj dobrze. Nie będzie przekłamaniem stwierdzenie, że najlepiej spisała się jej żeńska część. Vera Farmiga jako Lorraine Warren, z każdą chwilą coraz bardziej przekonująca się o demonicznej naturze

sił, z którymi się zmaga, wypada nad wyraz przekonująco, co zresztą dotyczy także Lili Taylor jako Carolyn Perron. Wśród mężczyzn wybija się natomiast Ron Livingston: nie tylko ze względu na swoją nietypową, przywodzącą na myśl lata 70-te charakteryzację, ale i samą grę: jako bezradna, choć gotowa do poświęceń głowa rodziny, sprawdza się nader wiarygodnie.

„Obecność” nie jest filmem przełomowym. Nie ma wątpliwości, że za dziesięć czy piętnaście lat mało kto będzie o nim pamiętał. Niemniej jednak, grzechem byłoby nie docenić kunsztu Jamesa Wana, który choć przedstawił nam dość prostą, czerpiącą garściami z klasyki gatunku historię, to jednak sięgnął w tej materii po najlepsze wzorce, proponując widzom wszystko to, co tak bardzo pociągało ich w historiach o duchach przed kilkoma dekadami. Za ten swoisty hołd w stronę mistrzów konwencji, co więcej – hołd zupełnie udany – James Wan zasługuje, by obejrzeć jego najnowsze dzieło na dużym ekranie.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja