Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kolejne porwanie – recenzja filmu „Labirynt”

Trzeba przyznać, że dawno nie było w kinie dobrego thrillera. Większość z nich robiona jest w ten sam sposób – aktorzy tego samego pokroju, podobne fabuły, zero zaskoczenia… Gdyby zastanowić się poważniej, to największe wrażenie zrobiła „Dziewczyna z tatuażem”, ale premiera tej produkcji miała miejsce rok temu. Można więc z czystym sumieniem powiedzieć, że kino akcji niczym nie zachwyca. Kilka miesięcy temu, dostaliśmy jednak wyjątek od reguły w postaci „Labiryntu”.

Film Denisa Villenueve’a nie robi dobrego pierwszego wrażenia. Zachęca jedynie reżyser, który jakiś czas temu zasłynął z nominowanego do Oscara „Pogorzeliska”.

Tak czy siak, jeżeli ktoś nie przepada za Hugh Jackmanem, to pewnie nawet nie pomyślał, żeby pójść do kina. Fabuła od słynnej „Uprowadzonej” różni się tylko faktem, że w tym przypadku porwane zostają dwie dziewczynki – córki dwóch znajomych znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Zirytowany bezczynnością policji Keller Dover (Hugh Jackman) postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Czytamy krótki opis, sprawdzamy obsadę i nic nie zachęca nas do spróbowania. Prawdziwą satysfakcję poczują jednak ci, którzy mimo to zobaczyli „Labirynt”.

Przez pierwszą godzinę zachwyca kreacja głównych bohaterów. Na pierwszy plan wychodzi oczywiście Keller Dover – mężczyzna, który zdaje się być definicją powiedzenia „przezorny zawsze ubezpieczony”.

Tego samego stara się nauczyć swojego syna, organizując w domu piwnicę z zapasem żywności, czy opowiadając mu historię swojego ojca. Kolejną istotną postacią jest jeden z wspomnianych wcześniej bezsilnych policjantów – detektyw Loki (Jake Gyllenhaal). Od razu rzuca się w oczy jego doświadczenie i bystre oko. Brak jednoznacznych wskazówek sprawia jednak, że na początku nie może za bardzo się popisać.

Po godzinie seansu można spodziewać się dobrego zakończenia i kolejnej tragedii o ojcu, który w obliczu zagrożenia zmienia się w nieobliczalnego paranoika. Kilkanaście minut po tym, jak owa myśl przechodzi nam przez głowę, wszystko zaczyna się komplikować. W tym momencie tytuł „Labirynt” nabiera sensu, a widz zaczyna uważniej oglądać i patrzeć na całą produkcję ze znacznie większą dozą szacunku. Wszystko to zakończone jest w doskonały sposób. Wreszcie zaczyna nam się wydawać, że wszystko wiemy, kiwamy głową z aprobatą, czekamy na ostatnie sceny z ojcem w roli głównej i wtedy reżyser serwuje nam napisy końcowe.

„Labirynt” przywodzi na myśl „Milczenie owiec”. Na pewno nigdy nie stanie się takim klasykiem, ani nawet jego współczesnym odpowiednikiem, jednak to blisko tej półki można z czystym sumieniem postawić film Denisa Villenueve. Znakomita kreacja bohaterów, świetnie dozowane napięcie, przemyślane zakończenie. Brakuje tylko momentu zastanowienia nad samą genezą zaistniałej sytuacji. Gdyby reżyser więcej czasu poświęcił czarnym charakterom, mielibyśmy pewnie do czynienia z dziełem przełomowym.

Ocena: 4/5

Dyskusja