Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Miłość w kontraście – rzecz o „Nimf()mance” Larsa von Triera

Przed premierą zapowiadano pornografię i wielki skandal. Pornografii nie ma, skandal też został odwołany. W zamian widzowie otrzymali doskonałe, inteligentne kino. W „Nimf()mance” Lars von Trier po raz kolejny nie zawiódł.

Lars von Trier to reżyser lubujący się w eksperymentach z gatunkami filmowymi. W swojej karierze zrobił już m.in. musical, thriller psychologiczny czy film apokaliptyczny. Teraz natomiast przyszła kolej na komedię, w dodatku komedię erotyczną. I jak każdy kolejny film Duńczyka, tak i „Nimf()manka” w rzeczywistości jest dramatem.

Najnowszy obraz von Triera opowiada o życiu Joe – nimfomanki, która, zgodnie z własnymi słowami, jest złym człowiekiem. Jej historii słucha Seligman – dobry człowiek, który po znalezieniu Joe pobitej na ulicy, zaprosił ją do domu, aby odzyskała nieco sił.

Rozdział pierwszy
Forma: dwoistość

„Nimf()manka” to film kontrastów. Zderzenie postaci „złej” Joe i „dobrego” Seligmana to tylko wierzchołek góry lodowej. Bohaterów dzieli absolutnie wszystko – poczynając od doświadczenia życiowego, gdzie Joe doznaje wszystkiego, co jest do doznania, a Seligman zdobywa wiedzę z książek; poprzez temperament – ona chce zawsze więcej, on jest zadowolony z tego co ma, na partykularnych doznaniach seksualnych kończąc – podczas gdy Joe miała niezliczonych partnerów, Seligman jest prawiczkiem i istotą idealnie aseksualną.

Kontrasty wykraczają także poza fabułę filmu, stanowiąc zasadniczą część jego oprawy. Widać to chociażby w ścieżce dźwiękowej, gdzie pierwszą cześć obrazu otwiera „Führe Mich” Rammsteina, kończy ją natomiast preludium chorałowe Bacha. Nawiązań do kultury, zarówno wysokiej jak i popularnej, w „Nimf()mance” jest zresztą mnóstwo – Seligman opowiada historię kościoła wschodniego i zachodniego,

cytuje fragmenty prozy Poego, a w zamian Joe zapoznaje go z postacią Jamesa Bonda. A wszystko to, zgodnie z zasadą kontrastów, przemieszane z prawdziwie plebejskimi doznaniami seksualnymi bohaterki. Seligman zresztą, wpisując się w koncepcję ostrych podziałów, ciągle porównuje przeżycia Joe do teorii fizycznych, widzi w jej zachowaniach schematy charakterystyczne dla wędkarzy, czy zauważa nawiązania do wielkich obrazów czy dzieł literackich.

Jak to u von Triera zwykle bywa, w „Nimf()mance”, mimo jasno zarysowanej sytuacji, nie ma jednak prostych i czytelnych rozwiązań.

Chociaż Joe cały czas powtarza, że jest złym człowiekiem, a dobry Seligman, który przygarnął ją w potrzebie, równie uparcie stara się ją przekonać, że nie zrobiła nic złego, w drugiej części filmu widzimy, że sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna.Wykształcony i cywilizowany mężczyzna, w mgnieniu oka jest skłonny rozgrzeszyć Joe z tego, że w poszukiwaniu niskiej satysfakcji naraziła własne dziecko na niebezpieczeństwo, szybko okazuje się jednak, że żywi natychmiastową i zapiekłą nienawiść do pedofila, który nie tylko nigdy nikogo nie skrzywdził, a wręcz tłumił swoje pragnienia tak skutecznie, że sam nie był świadomy ich istnienia.

Dwójka głównych bohaterów wraz z postępem rozmowy, stopniowo przechodzi przemianę – kiedy po drugiej części na ekranie pojawiają się napisy końcowe, każdy widz musi sam rozstrzygnąć, kto w duecie głównych bohaterów był dobry, a kto zły, a może tylko oboje byli ofiarami okoliczności.

Rozdział drugi:
Miłość inna niż wszystkie

Choć forma w której podano widzom „Nimf()mankę” jest kluczowa,

nie mniej istotna jest sama treść opowieści Joe. Jest to przypowieść o niekończącym się poszukiwaniu szczęścia oraz o miłości. W wizji von Triera są to dwa wykluczające się bieguny – nie mogą współistnieć, konieczne jest dokonanie między nimi wyboru.

Joe przyznaje, że być może jedynym grzechem, który popełniła, jest pragnienie aby ciągle mieć więcej. Sytuacja, kiedy musiała w życiu z czegoś zrezygnować, była więc dla niej niemożliwa. Niczym w tragedii antycznej musiała wybierać pomiędzy możliwościami, które z samego założenia nie mogły dać jej szczęścia.

Miłość do Jerome nie była dla bohaterki kataryczna – powodowała jedynie poczucie fundamentalnego niespełnienia. Stworzyła w życiu Joe pustkę, której wcześniej nie było, sprawiła, że zaczęła dążyć do samodestrukcji.

Związek nie satysfakcjonował żadnej ze stron – choć oboje starali się go utrzymać, ostatecznie był skazany na porażkę. Można wysunąć tezę, że winne było uzależnienie Joe od seksu, jest to jednak płytka interpretacja. Nimfomania jest w tym przypadku paralelą braku zgody na rezygnację z własnych pragnień, marzeń, ambicji.

W tym kontekście postać Joe może być postrzegana jako bohaterka dla feminizmu – jest kobietą silną, niezależną, doskonale zdającą sobie sprawę z tego, czego chce i konsekwentnie dążącą do realizacji swoich pragnień. Przy jawnym mizoginizmie von Triera może to brzmieć jak ponury żart. I poniekąd jest kpiną z tych, którzy dopasowują interpretację do konkretnej ideologii.

Interpretacja feministyczna nie jest bowiem pełna – w drugiej części filmu wyraźnie widać, że kobieta, która jeszcze w części pierwszej nie czuła zupełnie nic w związku z wizytą pani H., zaczyna się sobą brzydzić, ma wyrzuty sumienia z powodu swoich potrzeb. Jest niewolnikiem pragnień, których nie jest w stanie, a co więcej, nie chce, kontrolować. Pragnień, które zostawią ją złamaną zarówno duchowo, jak i fizycznie. Nie one jednak spowodują ostateczny upadek bohaterki.

Ostateczny upadek będzie wyłączną zasługą miłości – tej samej, która na kartach niezliczonej ilości książek i kilometrach taśm filmowych, potrafi przenosić góry. W „Nimf()mance”, przewrotnie, prowadzi natomiast do upodlenia nie oferując nic w zamian.

Chciałoby się powiedzieć, że „Nimf()manka” to najlepsze dzieło w portfolio Larsa von Triera, jednak nie byłaby to prawda – niemalże każdy kolejny film Duńczyka jest mistrzostwem w swojej kategorii. Jego najnowszy obraz jest jednak nieco inny niż wcześniejsze – ma zupełnie inne tempo narracji, jest lżejszy, bardziej widać w nim eksperyment i zabawę konwencjami. Ma jednak też coś, co stanowi o ciągłości i linearnym rozwoju twórczości von Triera – podejmuje nieśmiertelny w jego filmach temat ekstremalnych reakcji w obliczu ekstremalnych sytuacji.
I właśnie to połączenie – lejtmotifu całej twórczości Duńczyka ze świeżością formy stanowi o sile i świeżości „Nimf()manki”. Aż strach się bać, co reżyser zaserwuje nam następnie. Bo z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Dyskusja