Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Obiecujący debiut – recenzja „Dziedzice krwi”

Niezależnie od tego, co jest naszą pasją, lub codziennym zajęciem, początki niemal zawsze bywają trudne. Pisarskiego rzemiosła reguła ta nie tylko nie omija, ale zdaje się dotyczyć w sposób szczególny. Niemniej jednak, znamy przypadki autorów, którzy swoje pierwsze dzieła wydawali mając zaledwie kilkanaście lat. Wspomnieć wystarczy Christophera Paoliniego i jego „Eragona”, a na polskim podwórku – Barbarę Kaczyńską i recenzowany niegdyś na naszych łamach „Złowrogi sześcian”. Niedawno do grona młodych twórców, którzy debiut mają już za sobą, dołączył Mateusz Sękowski. Jego powieść fantasy „Dziedzice krwi” ukazała się kilka tygodni temu nakładem wydawnictwa Novae Res.

Aerdin Veske jest ćwierćelfem, zrodzonym z ojca człowieka i matki półelfki. Po tym, jak przed laty jego najbliżsi zostali brutalnie zamordowani, Aerdin poprzysiągł zemstę. Próbując odnaleźć zbrodniarzy, ćwierćelf wpada jedynie na stary trop, którym początkowo musi się zadowolić. Po nitce do kłębka bohater dociera jednak do sprawców, odkrywa pewną szeroko zakrojoną intrygę i przekonuje się, że od dawna znajduje się na celowniku największych okrutników tego świata.

Napomnienie o wieku i doświadczeniu autora jest o tyle nieprzypadkowe, że książek takich jak „Dziedzice krwi” nie sposób oceniać w oderwaniu od tego, w tym wypadku szczególnie istotnego, kontekstu. Debiutancka powieść Mateusza Sękowskiego posiada bowiem kilka niezaprzeczalnych zalet, ale i niemało istotnych niedociągnięć, których większość bladnie jednak, gdy spojrzeć w metrykę autora. W zdecydowanej większości stanowią one bowiem błędy całkiem typowe dla debiutantów i twórców ze skromnym bagażem pisarskich doświadczeń.

Pierwszym i bodaj najistotniejszym są cechy głównego bohatera. Aerdin Veske to istny ćwierćelf sukcesu, radzący sobie doskonale w każdej sytuacji, w jakiej tylko by się nie pojawił. Potrafi świetnie walczyć, z powodzeniem używa potężnej magii i omal nie pokonuje giganta w tak zwanym „siłowaniu na rękę”. Niczym rycerz w lśniącej zbroi ratuje dziewki w zamtuzie, walczy z wrogami na arenie, potrafi przechytrzyć nastające na jego życia harpie, sam też w jednym z rozdziałów przesądza o losach pewnej bitwy. Autor nie czyni z Aerdina świętoszka – wręcz przeciwnie, ćwierćelf ma też pewne negatywne cechy, jest nieco nazbyt dumny, bywa porywczy i ma na sumieniu niemało. Jednak na przestrzeni ponad czterystu stron niemal nie widujemy go w sytuacji, której rozwiązanie wymagałoby od niego nieco więcej wysiłku. Jeśli powstanie drugim tom „Dziedziców…” – a zakończenie stwarza podstawy, by przypuszczać, że tak będzie – to Aerdinowi nie powinno już iść wszystko tak łatwo.

Postacie drugoplanowe wypadły Sękowskiemu całkiem nieźle. Jedną z najbardziej charakterystycznych jest szewc Vespis, słynący ze skłonności do butelki oraz używania wulgaryzmów w charakterze przecinków. Przyjemnie czyta się też o pozostałych kompanach Aerdina, zwłaszcza tych krasnoludzkich, choć są to bohaterowie dosyć archetypiczni. Niestety, rozczarowuje wątek miłosny, związany z elfką imieniem Varya. Można odnieść wrażenie, że pojawia się zbyt późno, rozwija się naprędce i trąci infantylnością.

Na łamach „Dziedziców krwi” Aerdin i jego kompani przeżywają wiele ekscytujących przygód. Na nudę z pewnością narzekać nie można: akcja mknie do przodu w błyskawicznym tempie, kilkakrotnie zaskakując czytelnika i przybierając nieoczekiwane zwroty. Kłopot w tym, że w opisywaniu poszczególnych przeżyć i przygód Aerdina autor radzi sobie dość nierówno. Niektóre z nich opisano z polotem, by wspomnieć zwady w zamtuzach, podróż do Otchłani, spotkanie z duszkiem wspomnień, bądź nawet przygodę z harpiami, choć inspiracje klasykami gatunku w niektórych z nich są aż nadto widoczne. Niestety, scena bitwy okazuje się już dużo mniej porywająca, podobnie jak przygoda ze spaleniem areny. Autor ewidentnie ma głowę pełną pomysłów – jednak miast realizować jeden za drugim na łamach powieści, dużo lepszym rozwiązaniem byłoby rozbudowanie i dłuższe poprowadzenie kilku wybranych wątków.

Zarazem, podkreślić należy, że powieść prezentuje się nieźle od strony językowej. Bardzo dobrze wychodzą też Sękowskiemu dialogi, żywe, naturalne, a niekiedy i pełne humoru. Dowcipu zresztą w „Dziedzicach krwi” nie brakuje. Choć jest to fantasy pisane zupełnie na serio, to autor zawarł kilka przepełnionych humorem scen, zdolnych autentycznie rozbawić odbiorcę. Najlepszy przykład stanowią tu dialogi towarzyszące mowie pogrzebowej wygłaszanej w pewnym momencie fabuły przez Aerdina, jak również liczne epizody z udziałem postaci Vespesa.

Jak na ogół ma to miejsce w przypadku literackich debiutów, powieść Mateusz Sękowskiego nie jest pozbawiona wad, niemniej jednak, sprawdza się nieźle w charakterze przyjemnego, niezobowiązującego czytadła na chłodny, jesienny wieczór. Jeśli tylko szukamy książki odznaczającej się dynamiczną akcją, żywymi dialogami i okraszoną szczyptą dowcipu, a jednocześnie jesteśmy wyrozumiali wobec błędów początkujących twórców, „Dziedzice Krwi” są interesującą propozycją. Choć nie jest to jeszcze literatura najwyższych lotów, to i tak dowodzi drzemiącego w autorze potencjału.

Ocena: 3/5

Dyskusja