Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zabójcza marionetka – recenzja filmu „Laleczka Chucky”

Nie ma chyba wśród miłośników filmowego horroru nikogo, kto nie żywiłby sentymentu do przypadającej na lata dziewięćdziesiąte epoki wypożyczalni kaset VHS. Dla wielu fanów kina grozy to właśnie one stały się furtką umożliwiającą zapoznanie się z najlepszymi reprezentantami gatunku. Często na ich półki trafiały filmy o niespecjalnie wysokim budżecie, średnio rozreklamowane, a jednak potrafiące odnaleźć drogę do serc horrormaniaków. Do takich właśnie produkcji zaliczyć należy „Laleczkę Chucky”.

Film otwiera sekwencja niezwykle emocjonującego, policyjnego pościgu.

Niebezpieczny przestępca, zwany Dusiecielem z Lakeshore, usiłuje wymknąć się z policyjnej obławy. Trafia do sklepu z zabawkami, tam jednak zostaje śmiertelnie postrzelony przez policjanta. Nim jednak zbrodniarz wyzionął ducha, zdążył zakląć swoją duszę w jedną z leżących nieopodal marionetek. Pech chce, że kilka dni później ta sama lalka trafia do rąk sześcioletniego chłopca, imieniem Andy. Od chwili, gdy otrzymał nową zabawkę, w domu zaczynają dziać się niestworzone rzeczy. Kiedy pewnego razu matka Andy’ego musi zostać w pracy na wieczornej zmianie, opiekująca się chłopcem kobieta ginie w tragicznych okolicznościach. Wszelkie dowody wskazują, że sprawcą morderstwa mógł być sześciolatek. Nikt nie bierze poważnie zeznań chłopca, który zarzeka się, że zbrodni dopuściła się ożywiona lalka. Do czasu…

Jakkolwiek absurdalnie nie brzmi powyższy zarys fabuły, „Laleczka Chucky” niemal przez połowę projekcji prowadzona jest niczym rasowy film grozy, bez jakichkolwiek mrugnięć okiem w kierunku widza. Mało tego! Nie brakuje scen zdolnych autentycznie przestraszyć oglądającego. Ta, w której widzimy matkę Andy’ego z przerażeniem spostrzegającą, iż tytułowa laleczka działa pomimo nie umieszczenia w niej baterii i całą wynikłą z tego sytuację, jest niewątpliwie jedną z najlepszych w opisywanym obrazie.

Również sama tytułowa bohaterka wypada doprawdy rewelacyjnie. Niemałych rozmiarów rudowłosa lalka, o wiecznie wymalowanym na twarzy szerokim uśmiechu, w której od czasu do czasu odzywa się jaźń brutalnego mordercy, mogłaby się bić o palmę pierwszeństwa wśród najbardziej psychodelicznych i przerażających bohaterów gatunku. Interaktywna zabawka, będąca ucieleśnieniem dziecięcych marzeń, w jednej chwili przeobraża się w narzędzie zbrodni, służące psychopatycznemu mordercy do zrealizowania jego najbardziej makabrycznych celów.

Dopiero pod koniec filmu wkrada się w to wszystko element groteski, jest to jednak ten najbardziej niepokojący rodzaj humoru, który niekiedy wzbudza spazmy śmiechu, innym razem zaś wzmaga tylko rzeczony wcześniej psychodeliczny nastrój.

Wśród członków ekipy filmowej, zasługujących na szczególne wyrazy uznanie, znajduje się odpowiedzialny za zdjęcia Bill Butler. Wprawdzie patrząc w jego CV, trudno byłoby posądzić go o jakiś wybitny kunszt w operatorskim fachu, niemniej jednak, filmowanie „Laleczki Chucky” wyszło mu nad wyraz dobrze. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na rewelacyjne ujęcia z perspektywy pierwszej osoby – śledzenie akcji z perspektywy morderczej marionetki okazało się prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Warto jednak odnotować, że od strony aktorskiej „Laleczka Chucky” niczym nie zachwyca. Momentami jest gorzej niż przeciętnie. Chris Sarandon w roli detektywa Norrisa jest dość bezpłciowy i na dłuższą metę okazuje się irytujący. Catherine Hicks jako Karen Barclay, matka Andy’ego, wypada przyzwoicie, choć nie jest to kreacja godna zapamiętania na dłużej. Powyżej przeciętnej zaprezentował się tu jedynie Alex Vincent,

wcielający się w sześcioletniego (choć nieco przesłodzonego i nazbyt fajtłapowatego, jak na swój wiek) Andy’ego, ale trudno powiedzieć, by występ w „Laleczce Chucky” stał się dla niego przepustką do większej aktorskiej kariery.

Na przestrzeni lat „Laleczka Chucky” doczekała się licznych kontynuacji, stając się istną ikoną gatunku. Jednak to właśnie dzieło Toma Hollanda zapoczątkowało serię o morderczej marionetce, której rozchwytywano niemal w każdej osiedlowej wypożyczalni. Opowiedziana historia jest w gruncie rzeczy dość prosta i niemało w niej groteski, a jednak ma w sobie to coś, sprawiające że miliony ludzi na całym świecie pokochali ją, niecierpliwie wyczekując kolejnych części, zaś na kanwie jej sukcesu powstały dziesiątki klonów i podróbek, z krwiożerczymim, ożywionymi zabawkami w rolach głównych. O tym, czy danemu widzowi odpowiada podobna konwencja, każdy powinien jednak przekonać się sam.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja