Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ostatnia prosta – recenzja „Myto ogarów”

Malazańska Księga Poległych to jeden z tych cykli fantasy, których nawet średnio zorientowanemu miłośnikowi fantastyki nie trzeba przedstawiać. Steven Erikson stworzył serię, która stała się klasykiem gatunku, przez wielu stawianą na jednej półce z „Grą o Tron” George’a R.R. Martina. Nic dziwnego, że i w Polsce jego twórczość cieszy się ogromną popularnością. Trzecie wydanie „Myta ogarów”, stanowiącego przedostatni tom serii, trafiło właśnie na półki naszych księgarń.

Wzorem poprzednich odsłon serii, także i tym razem czytelnik ma do czynienia z opasłym, liczącym blisko dziewięćśet zapisanych drobnym druczkiem stron tomem, co zwiastuje długą, nie dającą się zakończyć w ciągu jednego czy dwóch wieczorów lekturę. Akcja książki tym razem dzieje się głównie w dwóch miastach wykreowanego w wyobraźni Eriksona uniwersum: Czarnym Koralu i Darudżystanie. Pierwsze z nich, rządzone przez Anomandera Rake’a, staje się celem pielgrzymek wyznawców Umierającego Boga, którzy przybywają doń, chcąc sprofanować kurhan Odkupiciela. Darudżystan zostaje natomiast siedzibą garstki Podpalaczy Mostów, nieustannie nękanych przez skrytobójców, nasyłanych nań przez tajemniczych zleceniodawców. Część wydarzeń toczy się także we wnętrzu magicznego miecza, Dragnipura, w którym Syn Ciemności więzi dusze zabitych przez niego wrogów.

Ósmy tom „Malazańskiej Księgi Poległych” nie przynosi zbyt wielu fabularnych rozstrzygnięć istotnych dla całej sagi. Mało tego – można odnieść wrażenie, że w porównaniu z poprzedzającymi go odsłonami cyklu „Myto ogarów” jest dość rozwleczone i akcja rozwija się w znacznie mozolniejszym tempie, niż miało to miejsce do tej pory. Nie wpływa to jednak diametralnie na odbiór całego tomu. Ci, którym przypadło do gustu pierwszych siedem części, na pewno nie zniechęcą się do przeczytania zakończenia sagi po zapoznaniu z „Mytem ogarów”. Trudno bowiem podczas lektury narzekać na nudę, a to w głównej mierze ze względu na całą plejadę doskonale znanych i bardziej bądź mniej lubianych bohaterów, których większość czytelnicy doskonale pamiętają z poprzednich części. Po raz kolejny spotkamy Nimandera, Kallora czy Crokusa, a także ekscentrycznego kapłana Iskarala, a związane z nimi wątki i intrygi okazują się nie mniej absorbujące, niż do tej pory. Całości dopełnia mroczny, posępny klimat lektury, odczuwalny tym bardziej, że w „Mycie ogarów” pojawia się stosunkowo niewiele akcentów humorystycznych.

Tym, którym przypadły do gustu poprzednie tomy „Malazańskiej Księgi Poległych”, do lektury „Myta ogarów” namawiać specjalnie nie trzeba – trudno bowiem, by przerywali czytanie cyklu tuż przed jego zwieńczeniem. Ci natomiast, którzy jej nie znają, a chcieliby zapoznać się ze sztandarowym dziełem Eriksona, i tak będą musieli zacząć od lektury „Ogrodów księżyca”. „Myto ogarów” nie jest może tak porywające, jak poprzednie tomy, więcej tu dialogów, za to mniej dynamicznej akcji. Jednakże, dla każdego fana cyklu i tak jest to obowiązkowy etap przed przynoszącymi rozstrzygnięcie, ostatnimi jego odsłonami.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja