Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zdradź mi swoje Imię – recenzja „Ziemiomorze”

Ziemiomorze – fantastyczna kraina, wymieniana jednym tchem obok Śródziemia, Narnii i innych światów, które każdy szanujący się miłośnik gatunku powinien choć raz w życiu odwiedzić. Podróżowanie po wymienionych uniwersach nie tylko pozwala dotrzeć do korzeni fantasy jako gatunku, nie tylko zaspokaja potrzebę eskapizmu, ale i oferuje możliwość zajrzenia pod wierzchnią, fabularno-wizualną warstwę, gdzie kryją się pewne uniwersalne prawdy, nietracące na znaczeniu mimo upływu lat.

W minionym roku nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazało się wielkie tomiszcze mieszczące w sobie cały cykl o Ziemiomorzu – pięć powieści i zbiór opowiadań. To świetna okazja dla tych, którym owoc ponad trzydziestu lat pracy najsławniejszej chyba pisarki fantastyki, Ursuli K. Le Guin, był dotąd nieznany. Oraz dla tych, którzy pragną do Ziemiomorza wrócić. I tutaj nasuwa się oczywiste pytanie – czy warto? Czy cykl, który Le Guin zapoczątkowała w roku 1964 opowiadaniem „Magiczne słowo” ma coś wartościowego do zaoferowania współczesnemu czytelnikowi?

Nikogo pewnie nie zdziwi stwierdzenie, że nie ma na te pytania jednoznacznych i prostych odpowiedzi. Określenie niespiesznym tempa, w jakim snuta jest opowieść o czarnoksiężniku Gedzie, jego przygodach, poczynaniach i bliskich mu osobach będzie eufemizmem. To zła wiadomość dla tych, którym dłużył się chociażby „Władca Pierścieni”, bo w porównaniu z cyklem Le Guin fabuła najsłynniejszej powieści Tolkiena gna na złamanie karku. Tutaj na wszystko jest czas – na podróże, wędrówki, przemyślenia i rozterki. Na wielkie wydarzenia także, choć prawdę mówiąc zasadniczą fabułę każdej z części da się streścić w kilku zdaniach. Próżno tu natomiast szukać epickich bitew, nakreślonych na szeroką skalę intryg politycznych. Pisarka skupia się na pojedynczych ludziach, na zwyczajności, ale i niezwykłości każdego ze swych bohaterów. Świat obserwujemy ich oczami – lokalnie, z punktu widzenia jednostki i tego, co dla niej ważne. I może byłoby to nieszczególnie interesujące, gdyby nie ten, który przez większą część tej wieloetapowej opowieści gra w niej pierwsze skrzypce. Ged, zwany też Krogulcem – czarnoksiężnik, którego poznajemy jako chłopca i któremu towarzyszymy przez praktycznie całe długie życie – to niespokojny duch, dzięki czemu będzie nam dane zwiedzić naprawdę spory kawałek Archipelagu, włącznie z rejonami dotąd przez nikogo nieodwiedzanymi. To także postać niezmiernie ważna dla świata, w którym żyje – jedna z tych, które wielkimi literami zapiszą się na kartach historii, o których będzie się opowiadać legendy. Nie znaczy to wcale, że pozostali bohaterowie – głównie dwie silne i wyraziste postaci kobiece, Tenar i Tehanu – stanowią jedynie tło dla poczynań Geda. Można wręcz powiedzieć, że gdyby nie otaczający go ludzie, Krogulec niewiele by w życiu osiągnął, a ono samo na pewno nie trwałoby tak długo.

Jak to się ma do wspomnianego wcześniej braku epickości i wzniosłości? Ano tak, że Le Guin nie ma absolutnie żadnych oporów, by przeznaczyć Gedowi wielkie rzeczy, a gdy już się dokonają, miast losu bohatera dożywotnio opływającego w sławę i dostatki, podarować mu spokojny żywot w chłopskiej chałupie, gdzie dzielić będzie czas pomiędzy codzienne prace w obejściu, rodzinę i długie leśne wędrówki.

Brzmi to szczególnie dziwnie w obliczu faktu, iż Archipelag to miejsce, gdzie powszechnie występuje magia, a i smoka można tu czasem spotkać. Czarodziejskie moce mają jednak swoje ograniczenia, niepozwalające na naprawianie świata jednym pstryknięciem placów. Co się natomiast tyczy smoków… Cóż, pełnią rolę mocno symboliczną, mimo swojej realnej ingerencji w sprawy Krogulca i bliskich mu ludzi. Nie tylko one zresztą, gdyż wszelkiego rodzaju metafory stanowią właściwie zasadniczą treść książki. „Ziemiomorze” na różne sposoby mówi o równowadze świata i poszukiwaniu swojego w nim miejsca, o cykliczności życia i śmierci, o śmierci samej w sobie – jej grozie, ale i roli, różnorakich na nią zapatrywaniach. Między wersami znaleźć też można kilka słów o tradycji i przemianach, rolach kobiet i mężczyzn w społeczeństwach, równości, czy raczej jej braku. I o wielu innych sprawach, które w takim czy innym stopniu każdego z nas dotyczą. Oczywiście – po Le Guin (i przed nią) pisało o nich wielu, często bardziej wprost, innymi razy operując bardziej wyrafinowanymi i wielopoziomowymi metaforami, nie zmienia to jednak faktu, że w obręb cyklu o Ziemiomorzu wchodzą książki mądre, poruszające, skłaniające do refleksji w sposób – co ważne – nie nachalny.

Uniwersalność treści kryjących się w tych symbolicznych opowieściach ma także swój negatywny wymiar – to, co Le Guin chce swojemu czytelnikowi przekazać łatwo uznać za ciąg banałów. I nie będzie to zarzut całkowicie nieuzasadniony, choć by się tego wrażenia pozbyć, wystarczy pamiętać, ile dziesięcioleci temu został napisany „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, „Grobowce Atuanu” czy „Najdalszy brzeg” i że wtedy „pisało się inaczej” (choć to także możne brzmieć jak banał). Oraz ilu naśladowców (nierzadko przekazujących w swych książkach podobne treści, stąd wrażenie wtórności pierwowzoru) doczekała się pisarka.

To dobry moment, by nadmienić, iż czytając po kolei wszystkie powieści wchodzące w skład cyklu można zaobserwować ewolucję zamysłu, który towarzyszył autorce, dostrzec wątki nakładające kolejne warstwy znaczeń na poruszone wcześniej kwestie, każące przemyśleć wiele spraw raz jeszcze. Subtelnie, acz znacząco zmienia się koncepcja śmierci i zaświatów, kiedy bohaterowie stopniowo odkrywają, czym jest naprawdę Sucha Kraina – miejsce pośmiertnego bytowania mieszkańców Archipelagu. Ewoluują sami bohaterowie, pojawiają się nowi, opowieść z lokalnej zmienia się momentami w zataczającą znacznie szersze kręgi, a im dalej, tym więcej w niej społecznego zaangażowania, mówienia o tragedii wykluczenia, konieczności burzenia murów uprzedzeń oraz ciągłego dialogu. Pojawiają się posunięcia coraz odważniejsze (choć niewykraczające poza charakterystyczną dla prozy Le Guin subtelność), a należy do nich chociażby wątek miłości, także cielesnej, rodzącej się pomiędzy ludźmi lata młodości mającymi już dawno za sobą.

„Ziemiomorze” nie jest książką dla każdego. Proza amerykańskiej pisarki wymaga od czytelnika pewnej specyficznej wrażliwości, rozmiłowania w plastycznych opisach skoncentrowanych na detalu, w poetyckości narracji. Bez niej, cóż, można się pewnie zanudzić na śmierć podczas lektury. Błędem będzie więc usilne brnięcie przez cykl tylko dlatego, że to klasyka i „znać wypada”. Jeśli „Czarnoksiężnik z Archipelagu” wyda Wam się nużący i niemający wiele do (o)powiedzenia, nie łapcie się kurczowo nadziei, że dalej będzie inaczej. Ewolucja, o której mowa wcześniej, nie jest przemianą spektakularną, nie prowadzi do podkręcenia tempa akcji, całkowitego przetasowania punktów ciężkości, diametralnych zmian charakteru snutej przez Ursulę K. Le Guin opowieści. Do końca pozostaje ona niespieszna, pozornie prosta, naszpikowana happy endami, skupiona na małych wielkich sprawach. A przy tym przemyślana, dopracowana i mająca wiele do zaoferowania tym, którzy zechcą się w nią w skupieniu i z uwagą zagłębić.

Ocena: 4/5

Dyskusja