Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Żona z piekła rodem – recenzja „Sfinks”

Kino grozy klasy B posiada ogromną rzeszę zagorzałych zwolenników. Podobnie rzecz ma się z miłośnikami tego rodzaju literatury. Właśnie oni będą najbardziej zadowoleni po lekturze „Sfinksa” Grahama Mastertona. Powieść to banalna i przewidywalna, a jednak mająca w sobie to coś, co nie pozwala odstawić jej na półkę przed dobrnięciem do zakończenia.

Bohaterem „Sfinksa” jest Gene Keller, młody waszyngtoński dyplomata powiązany ze stronnictwem demokratów. Podczas jednego ze służbowych przyjęć poznaje atrakcyjną i seksowną, ale jednocześnie zarazem bardzo tajemniczą kobietę. Lorie Semple, bo tak się nazywa, jest pół Egipcjanką i pół Francuzką, odznacza się wyjątkową urodą i stanowi dla Gene’a nie lada wyzwanie. Ciesząc się opinią człowieka, który zawsze osiąga zamierzone cele, Keiller nie ustaje w trudach, by zbliżyć się do kobiety. Burzliwa znajomość kończy się przed ołtarzem, jednak polityk szybko przekonuje się, że jego ukochana skrywa w sobie prawdziwe monstrum. Poznawszy prawdziwą naturę wybranki, rychło zda sobie sprawę, że na własne życzenie wpadł w śmiertelnie groźną pułapkę.

Wydany po raz pierwszy w 1978 roku „Sfinks” był trzecią – po „Manitou” i „Dżinnie” – powieścią w dorobku Grahama Mastertona. Brytyjski pisarz już u progu swojej przygody z literaturą czerpał liczne inspiracje z różnorakich mitologii, legend i podań. W „Sfinksie”, jak łatwo wywnioskować z tytułu, nawiązuje do różnych elementów mitologii egipskiej, tworząc na ich kanwie interesującą i spójną opowieść grozy. Rozwijanie tego wątku w tym miejscu mogłoby zaowocować zdradzeniem zbyt wielu istotnych dla fabuły faktów, ograniczę się zatem do spostrzeżenia, że Masterton po raz kolejny udowodnił, iż jak mało który autor potrafi twórczo zinterpretować owe dawne, pochodzące z zamierzchłych czasach legendy i podania, umieszczając je w kontekście współczesnych realiów.

Szczególnie ciekawie przedstawiają się w „Sfinksie” relacje zachodzące pomiędzy dwójką głównych postaci. Masterton wyraźnie dążył do tego, by uczynić Lorie Semple bohaterką jak najbardziej intrygującą i tajemniczą, tak, by czytelnik podobnie jak Gene Keiller zachodził w głowę, jakie też może ona skrywać sekrety i dlaczego tak bardzo wzbrania się przed nawiązaniem bliższych relacji z zauroczonym nią dyplomatą. Udało mu się to znakomicie. Gene natomiast nosi całkiem archetypiczne cechy polityka, do których zresztą niejednokrotnie się przyznaje się w dialogach z tajemniczą wybranką – zawsze ambitny, niekiedy porywczy, lecz gotów posunąć się najbardziej wymyślnych metod, byle osiągnąć postawiony sobie zamiar. Postacie drugoplanowe to zaledwie tło dla kreacji i poczynań Lorie i Gene’a. Pani Semple okazuje się nie mniej tajemnicza od córki. Niemy opiekun Lorie – Mathieu, zaskoczy czytelnika niejednym. Maggie natomiast to typowy przykład sekretarki wzdychającej do szefa, choć pogodzonej z faktem, że u przełożonego ma raczej nikłe szanse.

Miłośnicy literackich horrorów, lubujący się w książkach nie pozwalających spokojnie zasnąć po zakończeniu lektury, będą „Sfinksem” do pewnego stopnia rozczarowani. Powieść kryje wiele tajemnic, oparta jest na ciekawym pomyśle, a jej główny wątek, czyli relacja między Gene’m a Lorie, jest iście elektryzujący. Jednak dopiero pod koniec książki natkniemy się tu na prawdziwe elementy horroru, mało tego – nie będzie to groza z rodzaju tej, jaką spotykamy choćby u Stephena Kinga, ale raczej ta, której uświadczymy w filmowych horrorach klasy B. Zło, z jakim zmaga się główny bohater, staje się wreszcie jak najbardziej namacalne, zostaje ucieleśnione, a konfrontacji z nim konwencjonalne metody bywają całkiem skuteczne. To właśnie ten element sprawia, że jedni powieści Mastertona wręcz uwielbiają i pochłaniają jedna za drugą, inni zaś od jego twórczości raczej stronią.

Ci, którzy przekonywali się dotąd wielokrotnie, że specyfika prozy Mastertona im odpowiada, na pewno się „Sfinksem” nie zawiodą. Trzecia powieść w dorobku brytyjskiego pisarza to wciągająca lektura, która z racji nietuzinkowych fabularnych inspiracji i założeń, a także stosunkowo niewielkiej objętości, stanowi świetną propozycję na chłodny, jesienny wieczór bądź nużącą podróż.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja