Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mordercze lalki atakują – recenzja „Płoń wiedźmo, płoń!”

„Ignorancja, którą stworzyła twoja nauka, jest moją tarczą. Ciemność twojej niewiary stanowi moją nieprzenikalną twierdzę.”

Mamy w Polsce sporo do nadrobienia, jeśli chodzi o wydawanie klasycznych, nawet jeśli dziś przysypanych odrobiną kurzu dzieł literatury grozy. Przez długie lata nie sprzyjały temu okoliczności natury politycznej i cenzorskiej, ale i po 1989 musiało upłynąć w Wiśle sporo wody, nim Polacy na dobre docenili ten gatunek, nie mówiąc już o jego weirdowych reprezentantach. Lukę w pewnym stopniu z pewnością wypełni nowa inicjatywa wydawnictwa Dobre Historie, które – zważywszy na sporą popularność wydań specjalnych ich sztandarowego magazynu – zdecydowało się na zainicjowanie „Biblioteki Coś na Progu”.

W pierwszej odsłonie nowej serii wydawniczej wrocławski wydawca proponuje nam kultową powieść autorstwa Abrahama Merritta, zatytułowaną „Płoń wiedźmo, płoń”. Książka, wydana po raz pierwszy w 1932 roku, została doceniona przez takich wirtuozów horroru, jak Howard Philips Lovecraft, czy Stephen King. Dwukrotnie podejmowano się także jej ekranizacji. Niestety, powieść Merritta nie mogła doczekać się polskiego wydania i można przypuszczać, że gdyby nie Dobre Historie, stan ten utrzymywałby się jeszcze przez długi czas.

Główny bohater, doktor Lowell, to medyk specjalizujący się w neurologii i chorobach mózgu. Można powiedzieć, że stanowi wzór lekarza: sumienny, dociekliwy i nieustannie poszerzający swoje kompetencje, zawsze gotów pomóc, niezależnie od tego, kim byłby jego pacjent. Kiedy pewnego dnia do jego gabinetu przybywa miejscowy typ spod ciemnej gwiazdy, Julian Ricori, taszcząc ze sobą śmiertelnie przerażonego, oniemiałego podwładnego, Lowell również nie waha się ani przez moment. Niedługo później pacjent jednak umiera, a jego los wkrótce podzielają różne osoby z najbliższego towarzystwa doktora i Ricoriego. Trop, jakkolwiek fantastyczny i niewiarygodny, prowadzi do ekscentrycznej sprzedawczyni lalek…

Narracja w „Płoń wiedźmo, płoń!” prowadzona jest z perspektywy pierwszej osoby. Historię poznajemy tak, jak widzi ją główny bohater, doktor Lowell. Jako lekarz medycyny, jest wnikliwym i uważnym obserwatorem wydarzeń, choć wiele z rzeczy, których przyjdzie mu doświadczyć, nie daje się logicznie wytłumaczyć. Jako racjonalista, Lowell próbuje dociec faktycznej natury następujących po sobie, niewytłumaczalnych zdarzeń, całkowicie przekonany, że tak naprawdę ma do czynienia z niewyjaśnionymi jeszcze przez naukę, ale w pełni normalnymi zjawiskami. Motyw zetknięcia się żywiołu racjonalistycznego z tym, co niewytłumaczalne jest dość typowy dla podobnych powieści z epoki, w której tworzył Merritt, niejednokrotnie spotykany chociażby na łamach utworów Lovecrafta. U Merritta owa konfrontacja została ukazana w sposób nader zajmujący, zwłaszcza, że autor konstruuje bardzo dobre dialogi.

Samotnik z Providence miał rację, mówiąc, że Abraham Merritt „posiada dar budowania atmosfery i przydawania miejscom aury potwornej grozy”. W powieści „Płoń wiedźmo, płoń” ów talent uwidacznia się w sposób bardzo wyraźny. Autor umiejętnie konstruuje napięcie towarzyszące lekturze, przez co podczas czytania niejednokrotnie można poczuć ciarki na plecach. Wprawdzie bywają w książce momenty bardziej komiczne, niż autentycznie przerażające, by wspomnieć co niektóre sceny z ożywionymi marionetkami. Jednak ilekroć na pierwszy plan wysuwa się tytułowa wiedźma, czytelnikowi nie jest już do śmiechu – kreacja głównej złej to jeden z najmocniejszych punktów powieści. Dumna, charyzmatyczna i niezwykle przebiegła, zdolna do knowań i intryg, jak również nie cofająca się przed prawdziwymi okrucieństwami. Można zaryzykować tezę, że Madame Mandilip to jedna z najbardziej przerażających wiedźm, z jakimi miała do czynienia literatura grozy.

Poza niezłą, wciągającą, choć pod koniec nieco przewidywalną lekturą, w pierwszym polskim wydaniu książki znajdziemy krótką biografię autora, a także list, opublikowany na łamach „The Agrosy”, w którym Merritt porusza temat współczesnego czarnoksięstwa. Warto ponadto odnotować, że „Płoń wiedźmo, płoń” wydano w formie podobnej, jak magazyn „Coś na progu” – w niemal identycznym formacie, z nieco większą, wygodniejszą dla oczu czcionką i w wyjątkowo atrakcyjnej cenie, wynoszącej zaledwie piętnaście złotych. Całość przywodzi na myśl popularne niegdyś zwłaszcza w USA, pulpowe magazyny, na łamach których publikowano tego rodzaju literaturę.

Inicjatywa wydawnictwa Dobre Historie zasługuje na najwyższe uznanie – jeśli tylko kolejne tomy będą ukazywać się regularnie, a dobór dzieł wydawanych w ramach serii będzie odpowiedni, można liczyć, że wrocławski wydawca z czasem zapełni lukę powstałą na naszym księgarskim rynku, związaną z brakiem polskich wydań najbardziej kultowych dzieł weird fiction. „Płoń Wiedźmo, płoń” to powieść, która fanom tego rodzaju literatury bez wątpienia przypadnie do gustu. Atrakcyjna zarówno od strony czysto fabularnej i warsztatowej, jak również jakości wydania, prędzej czy później powinna znaleźć się na półce każdego fana pulpowych powieści grozy.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja