Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nienajlepsza sałatka Marvela – recenzja „She-Hulk: Samotna Zielona Kobieta”

Nareszcie w kioskach i salonach prasowych można nabyć 34. tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Jest to numer wyjątkowy, ponieważ główna postać jest mało znana czytelnikom w naszym kraju. Osobiście bardzo czekałem na ten tom, ze względu na to, że She-Hulk jest rewelacyjnie przedstawiana na łamach Avengers, F4 czy innych drużynowych tytułów. Jak wypada solowy występ kuzynki Bannera? Niestety nie za dobrze, a dlaczego, przekonacie się już za chwilę.

„Samotna zielona kobieta” to pierwsze sześć zeszytów przygód She-Hulk w nowej odsłonie. Wydanie zbiorcze to początek nowego rozdziału w jej życiu, ponieważ zostaje ona wyrzucona z rezydencji Avengers oraz z obecnej pracy. Jednak młoda adwokatka się nie poddaje i stawia czoła prawdziwemu wyzwaniu. Trafia do wymarzonej kancelarii Goodman, Lieber, Kurtzberg & Holliway. Jak się szybko okazuje nie jest to zwykła kancelaria. Po pierwsze, zajmuje się ona sprawami superbohaterów i superzłoczyńców, a po drugie, w kancelarii ma być zatrudniona Jennifer Walters, a nie szalona imprezowiczka She-Hulk. Pierwsze trzy sprawy przedstawione w komiksie to humorystyczne opowieści, w których spotkamy zarówno znanych nam bohaterów z uniwersum Marvela, jak i zupełnie nowych. Mamy tu sprawę Danger Mana – zwykłego pracownika, który wpada do radioaktywnego zbiornika, Spider-Man vs. J. J. Jameson – jest to chyba najzabawniejsza ze wszystkich opowieści oraz tajemniczą śmierć, w której będzie zeznawał duch. Trzeba przyznać, że każda ze spraw to osobna opowieść zasadniczo niepowiązana z poprzednimi, dzięki czemu tworzą one zamkniętą całość.

Za scenariusz odpowiada Dan Slott. Trzeba przyznać, że świetnie bawi się on konwencją humorystycznego spojrzenia na świat superbohaterów, zadbał również o to, aby komiks był przystępny dla nowego czytelnika. Warto również zaznaczyć, że akcja nie rozgrywa się tylko i wyłącznie na sali sądowej, ale nie uświadczymy tu również zmasowanej nawalanki, jaką można spotkać w historiach pierwszego zielonego giganta w uniwersum Marvela. Głównie skupia się on na codziennych perypetiach Jennifer związanych z przeprowadzką, randkami czy imprezami. Ciekawym aspektem jest wykorzystanie komiksów Marvela jako dowodów w sprawach sądowych, co jest

oczywiście puszczeniem oka w stronę czytelnika. Jest to również jedna z nielicznych serii, w których bohaterowie mają świadomość tego, że ich perypetie są przenoszone na łamy komiksu . Scenariusz został zilustrowany przez Paula Pelletiera oraz Juana Bobillo. Obaj panowie prezentują dość realistyczny styl rysowania, dobrze komponują kadry i nie skupiają się aż tak bardzo na szczegółach. Bobillo jednak pozwala sobie na pewne odchylenia i jego ilustracje bardziej przypominają serial animowany niż komiks. Dzięki temu lepiej komponują się one ze scenariuszem. Nie znaczy to, że Paul Pelletier źle rysuje. Po prostu jego rysunki w tym zestawieniu są poprawne. Warto również wspomnieć o okładkach poszczególnych zeszytów, które świetnie prezentują główną bohaterkę cyklu.

Niestety pomimo ciekawych rysunków i niby ciekawego scenariusza komiks nie zachwyca. Osobiście rozczarowałem się czytając go, ponieważ liczyłem bardziej na Jennifer z przygód Avengers czy F4. Niemniej nowa odsłona jest ciekawa, choć nie wciąga tak bardzo, jak inne serie z kuzynką Bannera. Owszem mamy tu dużo humoru zarówno słownego, jak i sytuacyjnego, jednak to za mało. Zdecydowanie jest to komiks rozrywkowy, który może trafić w gust lub też nie. Pomimo, że She-Hulk to typowa postać drugoplanowa, której solowe przygody nie wpływają na główny nurt uniwersum Marvela, warto przynajmniej zapoznać się z małym skrawkiem jej przygód.

Dyskusja