Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Postapokaliptyczna rewolucja – recenzja filmu „Snowpiercer”

Adaptacja francuskiego komiksu zrealizowana przez koreańskiego reżysera z hollywoodzką obsadą? Czemu nie! „Snowpiercer” udowadnia, że można to zrobić ze smakiem.

Koreańskie science-fiction,

nawet pomimo (a może właśnie z powodu) zaangażowania w projekt samego Park Chan-wooka i zatrudnienia znakomitych aktorów (Tilda Swinton, Jamie Bell, John Hurt i Ed Harris), mogło zakończyć się się spektakularną katastrofą. Katastrofa jednak nie nastąpiła. Bong Joon-ho znakomicie odnalazł się w stworzonym przez Francuzów post-apokaliptycznym świecie komiksu „Le Transperceneige”, tłumacząc go na język filmu.

Jest rok 2031. Ludzkość (jak zwykle zresztą) sprowadziła na siebie zagładę – tym razem starając się walczyć z globalnym ociepleniem, zamiast ratunku sprowadziła na Ziemię wieczną zimę. Ocaleli jedynie pasażerowie nowoczesnego pociągu – tytułowego Snowpiercera.

Maszyna ta napędzana jest rewolucyjnym silnikiem, który pracując, generuje jednocześnie energię konieczną do samozasilenia. Ocalonym daleko jednak do szczęśliwości.

Na pokładzie panuje rygorystyczny podział klasowy – na biedny, przeludniony i sterroryzowany tył oraz pławiący się w luksusach przód. To ma się jednak zmienić – zmęczona uciskiem druga klasa rozpocznie rewolucję przeciwko wyzyskującej ją elicie.

Fabuła to fascynująca historia – iście europejska u swoich korzeni. Głęboko pesymistyczna, jednak pokazująca ludzi, którzy nie starcili nadziei – zarówno urodzonych rewolucjonistów, jak i rewolucjonistów z przymusu.

Nie brakuje jej wprawdzie dziur logicznych wielkości czarnej dziury w centrum Drogi Mlecznej, jednak nie ma to żadnego znaczenia. Ważne jest bowiem przede wszytkim nie to, co się dzieje, a to, jak bohaterowie się zachowują. A do kreacji postaci przyczepić się trudno.

Istotny jest także sposób w jaki wydarzenia zostały przedstawione. „Snowpiercer” to przede wszystkim film perfekcyjny wizualnie. Bong Joon-ho prowadzi widza przez klaustrofobiczne wagony kolejowe, w każdym kolejnym przedstawiając nowy, odmienny od innych, rozdział swojej historii. I tak mamy tu wagony pełnokrwistego kina akcji, pastisz, dramat psychologiczny czy kino psychodeliczne. Nie sposób też nie wspomnieć o nawiązaniach, a w niektórych miejscach wręcz

cytatach, z kinematografi światowej – w „Snowpiercerze” widać wpływ m.in. „Matrixa”, „Obcego”, „Czasu Apokalipsy” czy „Oldboya”.

Przykłuwająca uwagę fabuła i znakomita estetyka filmu to jednak tylko baza, której doskonałym zwieńczeniem jest pierwszoligowe aktorstwo. To właśnie ono jest języczkiem u wagi, sprawiającym, że koreańska produkcja wyróżnia się spośród wielu bardzo przyzwoitych filmów sci-fi.

Na szczególną uwagę zasłużyła (zawsze znakomita) Tilda Swinton. Niepodzielnie włada ona uwagą widzów we wsystkich scenach, w których występuje.

Stworzyła postać kompletną i nietuzinkową, stając się jednym z najdziwniejszych, a zarazem najbardziej charakterystycznych czarnych charakterów w sci-fi. Graną przez nią bohaterkę trudno zresztą oceniać jednoznacznie negatywnie – jest odpychająca (zarówno wizualnie, jak i osobowościowo), jest jednak również ofiarą systemu, który został w pociągu stworzony.

Słowa uznania należą się znanemu głównie z roli Kapitana Ameryki Chrisowi Evansowi. Mimo, że jest on aktorem kina akcji, co w Snowpiercerze wyraźnie było widać, w scenach, gdzie musiał pokazać aktorskie umiejętności, również nie zawodził. Okazjonalne uderzanie w tony wysokie mogło co prawda

w jego przypadku irytować, nie da się mu jednak odmówić, że poradził sobie dobrze z rolą głównego bohatera, napędzającego wydarzenia całego filmu.

Godna uwagi jest także rola Kang-ho Song, który bez kompleksów zagrał ze zdecydowanie bardziej znanymi aktorami Stworzył on bohatera będącego zupełnym przeciwieństwem granego przez Chrisa Evansa Curtisa, a dzięki temu będącym dla widza przyjemnym wytchnieniem dla walczącego w imię zasad i momentami patetycznego Kapitana Ameryki.

Mimo mnóstwa zalet, pochlebnych recenzji krytyki i szerokiej promocji, „Snowpiercer” wśród widzów wzbudza co najmniej mieszane uczucia.

Przy całej swojej intelektualniej europejskości, na poziomie dobranych środków wyrazu pozostaje bowiem fundamentalnie filmem azjatyckim. A to oznacza, że ucieka on klasyfikacjom którym zwykliśmy poddawać bardziej „swojskie” produkcje. Fanom hollywoodzkich superprodukcji z masą efektów specjalnych wyda się bowiem przeintelektualizowany i przekombinowany, miłośnicy kina ambitnego będą za to rozczarowani zbyt dużą ilością scen akcji i fabułą logicznie wybrakowaną. Jeżeli jednak do „Snowpiercera” podejdzie się z umysłem otwartym na coś nowego i nietypowego, z seansu kinowego można wyciągnąć wiele przyjemności.

Ocena: 4/5

Dyskusja