Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mateusz Sękowski – „Dziedzice krwi” – fragment

* * *
Kircholm czekał już na zewnątrz. Było zimno, więc szczelniej okrył się płaszczem i przysunął się bliżej do ogniska. Kamienne mury zamkowe wyglądały groźnie. Zwłaszcza teraz, pokryte śnieżnym puchem i lodem. Gdyby nie obecność ludzi, miejsce to mogłoby uchodzić za nawiedzone przez złe duchy. Ponad basztami wisiała flaga rodu Kazierca. Mimo wiatru nie łopotała. Zamarzła. Zamarzła jak trup wiszący zimą na szubienicy.
Wszystko było gotowe do egzekucji. Wokół Kircholma stali uzbrojeni strażnicy i szubienica, oraz kraty, na których ćwiartowano skazanych. Powieszenie i poćwiartowanie. Kircholm aż zatarł dłonie z radości. Kara dla najgorszych zdrajców, zwłaszcza w zimie. Kara stosowana rzadko, bo w obliczu takich mąk i najgorszych zbrodniarzy może się zrobić żal. A dzisiaj było ich czterech – cztery razy więcej wrzasków! Jedynie elfce nie mógł dać takiej kary jak pozostałym skazanym – była kobietą i jedyne, co mógł zrobić, to spalić ją na stosie. Cóż, dobre i to. Zresztą i tak zamierzał dać ją przedtem swoim ludziom – niech się chociaż zabawią. W końcu to tylko elfka.
Nikt nie będzie protestował.
Do podziemnego lochu wysłał już strażników. Egzekucja nikogo nie dziwiła – były one częstsze aniżeli uczty w tym zamku. Kircholm był znany z tego, że upodobał sobie oglądanie konających skazańców i egzekucje. Zwłaszcza takie jak ta dzisiejsza. Teraz jednak zaczynał się niecierpliwić. Pierwsi strażnicy poszli już kilka dobrych chwil temu. Posłał następnego. Ten posłusznie skinął głową i poszedł. Przez chwilę nic się nie działo, aż w końcu usłyszeli wrzask.
I cisza, cisza…
I nagle wszyscy usłyszeli jęk, a na dziedziniec wyczołgał się strażnik. Z kikuta prawej ręki obficie sączyła się krew. A on, wyczołgawszy się na dziedziniec, wyciągnął tylko drugą rękę, prosząc o pomoc.
Nikt nawet nie drgnął.
Aerdin wolnym krokiem wyszedł na dziedziniec, ujął miecz w obie ręcę i z rozmachem wbił go w kark rannego.
Niemal momentalnie nastała cisza.
– Idę po ciebie, bękarcie – szepnął Aerdin, a na jego ustach zagościł drwiący uśmiech.
– Łucznicy, atak! – wrzasnął przerażony Kircholm. Jednak baszty i mury były puste, a łucznicy zniknęli. Przerażony wrzasnął rozpaczliwie do wszystkich strażników:
– Dziesięć złotych denarów dla tego, który go zabije!
Takiej sumy większość z nich nawet na oczy nie widziała, wszyscy więc natychmiast rzucili się na Aerdina.
– Głupcy! – warknął rycerz, uniósł miecz i zaczął tańczyć. Uderzał z taką mocą, że pancerze pękały, hełmy spadały z głów, miecze wypadały z rąk. W ziemię dziedzińca wsączyła się krew. Krew ludzka.
Aerdin ciął jednego po drugim. Teraz zobaczył strażnika, który pobił go wczoraj, gdy był skuty. Osłupiały zbrojny chciał uciekać. Nie zdążył. Runiczne ostrze wbiło mu się w bok, z głośnym chrupnięciem łamiąc dwa żebra.
Zemsta jest najsłodszą rozkoszą bogów.
Wywijał mieczem, aż wszyscy walczący strażnicy padli martwi, a reszta uciekła. Na placu boju został tylko on i przerażony Kircholm. Otyły szlachcic siedział skulony ze strachu pod jedną z baszt. Dopiero, gdy zobaczył, że wszyscy leżą martwi, rzucił się do ucieczki. Było jednak za późno. O siedemnastu martwych strażników za późno.
Veske chwycił bękarta za kark i rzucił nim o jedną ze ścian.
Nos otyłego szlachcica przekrzywił się, a z nozdrzy popłynęła lepka krew.
Kircholm Krzywousty wolałby być teraz martwy. Nim zdążył się podnieść, rycerz jednym tupnięciem zgruchotał mu palce lewej dłoni, potem jeszcze kopnął go w żebro.
Coś tam pękło z głośnym chrupnięciem.
– Zastanawiałeś się kiedyś, jak patrzyli na ciebie skazańcy, gdy ginęli na tych kratach? Jako na kata i mordercę? Zaraz będziesz miał okazję i ty tak patrzeć – wyszeptał Veske, ocierając
z policzka krew.
– Błagam, panie Veske’ces! – załkał Kircholm żałośnie,
składając dłonie jak do modlitwy. – Oszczędź!
– Jesteś żałosny, Kircholm. Gdybyś miał choć odrobinę rozumu lub przynajmniej honoru, uciekałbyś lub złapał za miecz. – Aerdin zacisnął pięść i raz jeszcze trzasnął go w twarz.
– Błagam! – ryknął tamten, zalewając się łzami. – Dam ci wszystko.
– Nie, psie – odparł chłodno. – Teraz zginiesz, pytanie tylko jak.
Złapał go za dłoń, wykręcił mu ją gwałtownie. Znowu chrupnęło i Kircholm zawył z bólu.
– Ja nic nie wiem! – zaskomlał. – Po prostu posłaniec Revira przyszedł do mnie i złożył mi propozycję! Ja nic nie wiem! Zgodziłem się, nienawidziłem twojego rodu, a zwłaszcza twojego ojca! Mnie mówili tylko, że nic się nigdy nie wyda! Powiedzieli tylko żebym wysłał ludzi, tam pod twoją posiadłość, i że tam będą czekali najemnicy. Błagam, litości!
Aerdin już nie odpowiedział.

Dyskusja