Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zmierzając ku konfrontacji – recenzja „Złodziej wrót”

Zazwyczaj jeśli ktoś kradnie, to z czysto egoistycznych pobudek. Złodziei zresztą nie lubimy, potępiamy, izolujemy. Kradzież usprawiedliwia się tylko w jednym wypadku – kiedy wynika z warunków bytowych, kiedy taka osoba kradnie, by przetrwać. Dlatego tym ciekawsza wydaje się postać Kluchy, która w kontynuacji „Zaginionych w” Orsona Scotta Carda nabiera większego znaczenia. Złodziej, który kradnie, by ratować świat – to nie zdarza się zbyt często.

Druga część serii zaczyna się w momencie, w którym Card przerwał opowieść. Pisarz zgrabnie przypomina najważniejsze wydarzenia z poprzedniej książki, po czym znowu rzuca nas w wir opowieści. Wartka akcja, wciągająca fabuła, tajemnica i niesamowite przygody – to wszystko nadal tu jest podane w formie lekkiej i przyjemnej, choć może mało oryginalnej, powieści młodzieżowej.

Zmienia się jednak ton tej historii. „Zaginione Wrota” były bardziej pogodne i humorystyczne. W „Złodzieju wrót” jest mniej elementów komicznych, a opowieść staje się nieco ponura. To nie jest już historia, w której młody bohater dorasta i rozwija swoje umiejętności, korzystając z życia, ciesząc się nim i starając się znaleźć swoje miejsce w świecie. Danny North musi zmierzyć się z konsekwencjami swych nierozważnych czynów. Nie tylko on zresztą. Wspomniany Klucha także musi odpokutować winy. W tle zaś rozwija się konflikt między obdarzonymi magicznymi mocami Rodzinami. Co gorsza, wszystko zmierza do nieuchronnej konfrontacji z tajemniczymi magami Bela, a ta może zaważyć o losach świata. Przy tak epickich stawkach trudno się dziwić, że „Złodziej wrót” jest bardziej poważny.

Zmienia się jednak nie tylko ton. Inaczej zostają rozłożone akcenty w fabule. Wcześniej to Danny North był najważniejszą postacią, pełnoprawnym bohaterem i to jego historia była najważniejsza. Teraz musi ustąpić nieco miejsca Klusze i królewskiej kochance, Anonoei, którym przypada kluczowa rola do odegrania. Cierpią na tym postacie drugoplanowe, szczególnie te z najbliższego otoczenia Danny’ego. Dialogi nadal są naturalne, napisane żywym językiem, a bohaterowie wciąż ciekawią, mają dobrą psychologię i umiejętnie dobrane charaktery. Card wykazuje się przy tym sporą finezją, ale nie skupia się na tych postaciach. Niewiele się o nich dowiadujemy i czasem służą wyłącznie do napędzania fabuły. Odbiera im to wielowymiarowość, szczególnie w kontekście relacji Danny’ego z koleżankami. Jest co prawda dobre wytłumaczenie, dlaczego płeć piękna lgnie do niego aż tak bardzo, ale w efekcie dostajemy w zasadzie jeden model – zadurzonej nastolatki, odrzucanej przez Danny’ego ze względu na jego poczucie przyzwoitości i dystans do amorów. Chłopak chce być w końcu lepszy od swych rozwiązłych, egoistycznych pobratymców, traktujących zwykłych ludzi, suszaków, jak zabawki. Nie może jednak uciec od rodzącej się u nastolatków fascynacji seksualnością.

Warto w tym momencie dodać, że Card rozwija przedstawioną w poprzedniej części mitologię, zgrabnie łącząc wątki historyczne i religijne z fikcyjną, nadprzyrodzoną rzeczywistością. Ma to zarówno plusy jak i minusy. Objaśnienia odnośnie tego, jak działa magia, czym jest tzw. ka i ba, odbierają jej tajemnicy, stępiają nasze zaintrygowanie tematem. Rodzi to też jednak nowe pytania, pojawiają się nowe wątpliwości i zagrożenia. Mają jednak trochę za mało miejsca, by zaintrygować równie mocno jak odkrycia Danny’ego o magii wrót w pierwszej części.

Książka ta ma zresztą trochę przejściowy charakter. Możemy ją traktować na zasadzie drugiego aktu teatralnej sztuki czy środkowej części filmu. Tu się po prostu wiele dzieje, wydarzenia są dramatyczne i dla samej historii niezwykle istotne – bohaterowie nadal jednak zmierzają do swej ostatecznej próby, do konfrontacji z głównym przeciwnikiem, a czekająca ich przemiana jeszcze się nie wydarzyła.

Nie zmienia to faktu, że kontakt z kontynuacją jest równie przyjemny co z pierwszą częścią i że są to książki do siebie dość podobne, utrzymane w tym samym duchu. Jeśli więc komuś nie przypadła do gustu poprzedniczka, to i po „Złodzieja wrót” nie ma taka osoba po co sięgać. Uwrażliwić wypada też niektórych, że część motywów może nie wpasowywać się w gust części odbiorców – żarty nastolatków bywają… cóż, głupawe wręcz. Tak jak w pierwszej części można było trafić na dyskusyjne kwestie (wyzywanie się od gejów), tak i tu razić może np. wykorzystanie prezerwatywy czy tamponu jako amuletu. Tacy jednak są nastolatki. Takie motywy nadają też tej historii naturalności – Danny jest momentami nawet zbyt idealny, gdyby do tego jego przyjaciele byli bardziej święci od papieża poprawności politycznej, mielibyśmy katastrofę a nie dobrą książkę. To ułomność tych postaci, ich nieporadność, buta, arogancja, emocjonalność i głupota czynią zresztą ze „Złodzieja wrót” pozycję wartą przeczytania.

Ocena: 4/5

Dyskusja