Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Julia Bernard – „Czarownice z Wolfensteinu. Pierścień i sito” – fragment

Usiadła ciężko, nie jakby pokonała parę metrów korytarza, ale schody na ósme piętro. Sięgnęła po dzbanek, znowu przykryty kapturkiem. Zapewne Martyna po nalaniu kawy z pietyzmem założyła go z powrotem, dbając, by nie wystygła reszta kawy. Albo tylko dlatego, że tak należało. Trzeba nakładać kapturek na dzbanek, odkładać łyżeczkę na spodek i nie rozsypywać cukru. Matka obserwowała ją, kiedy napełniała filiżankę, czekając z napięciem, aż odstawi dzbanek. Zapewne czuwała, czy choćby kropelka nie spadnie na obrus.
– Może jednak napijesz się herbaty? – Irracjonalne zachowanie matki stawało się coraz bardziej denerwujące. – Po lekach powinnaś ograniczyć kofeinę.
– Daj spokój, muszę napić się kawy – prawie warknęła. – Z moją nowo poznaną babcią. Mam na to wielką ochotę – dodała, chcąc jednak złagodzić ton.
Wtedy Martyna zrobiła coś, co do niej wcale nie pasowało. Zamiast rozpocząć długą dyskusję, próbując przekonać córkę, że koniecznie, ale to koniecznie ma wyrzec się tej małej filiżanki, po prostu wstała i zabrała jej kawę sprzed nosa. Spokojnie usiadła z powrotem na swoim miejscu i postawiła ją obok swojej.
– Martyno, chyba nie mamy już zbyt wiele czasu – przerwała ciszę Adela, przyglądając się wnuczce.
– Wiem, przecież widzę. Wolałabym jednak, żebyś to ty…
– Nie, nie odbiorę ci tego.
Kobiety przez krótką chwilę patrzyły na siebie, jakby ścierając się wzrokiem. Próbowały wyłonić zwycięzcę w jakimś pojedynku. Adela z kpiącym uśmiechem oderwała wzrok od córki.
– Wiesz, Amelko, te filiżanki to porcelana, która jest w naszej rodzinie od pokoleń. Nazywamy ją: „ta, która tak się podobała Gerhardowi”.
Martyna prychnęła, przewracając oczami. Adela, widząc to, ciągnęła, nadal niezrażona:
– Chodzi o Gerharda Hauptmanna, który często odwiedzał w tym domu twoją prababcię, Konstancję. Wbrew plotkom, oni naprawdę się tylko bardzo przyjaźnili. Oczywiście wiesz, kim był Hauptmann? Mówi się, że to dzięki niemu i jego bratu Reymont dostał Nobla, ale dla nas, dla rodziny, jest on po prostu…
Irytacja Amelki zamieniła się w złość. Uderzyła dłonią w stół.
– Chcę tę cholerną kawę!
Obydwie kobiety po drugiej stronie stołu drgnęły zaskoczone, choć zaskoczenie można było poznać u nich tylko po lekko uniesionych brwiach. Jakie one są do siebie podobne… Nawet w tym, że emocje muszą mieć pod kontrolą. Jednak na twarzy Adeli był to tylko cień, jakby tak naprawdę nic i nikt nie był w stanie wywołać u niej czegoś więcej niż lekkie zainteresowanie. Zaskoczenie Martyny było strachem.
Zapadła cisza, którą wzmagało tylko głośne tykanie wiszącego między oknami zegara. Amelia przez zaciśnięte zęby powtórzyła z całą mocą, robiąc pauzy po każdym wyrazie:
– Chcę… moją… cholerną… czarną… kawę.
Porcelanowa filiżanka w blade róże, które tak się podobały Gerhardowi, ślizgiem pokonała szerokość stołu, aby zatrzymać się przed osłupiałą Amelką. Osłupienie to wywołała jednak nie gwałtowność matki czy babci, które pchnęłyby filiżankę w jej stronę z taką mocą. Filiżanka przesunęła się sama. Amelia oparła się mocno o oparcie krzesła, przyciskając kurczowo ręce do boków. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w te blade róże, poprzecinane cienkimi stróżkami kawy, która, jak to ciecz, nie zdołała pozostać w naczyniu podczas gwałtownego lotu. Kropelki powoli skapywały ze złoconego brzeżku na spodeczek, tworząc tam nieprzyjemną kałużę, przez którą nie można swobodnie podnosić filiżanki, by nie narazić się na poplamienie obrusu albo nowej bluzki. Podniosła wzrok na matkę, potem znów na filiżankę i znów na milczące kobiety. Czekały na jej reakcję. Martyna patrzyła na nią, tym razem nie tyle ze zdziwieniem, co z troską. Pierwsza odezwała się Adela:
– Miałaś rację. Kinetyczka. Weź serwetkę, dziecko. To takie irytujące – mieć plamy z kawy na świeżo położonym obrusie. Kiedy Martynka była mała, nieustannie pilnowała, by nigdzie nie było plam. Myślałam wtedy nawet o tych okropnych ceratach w kratę…
– Nie przesadzaj, mamo – prychnęła Martyna, na chwilę odrywając wzrok od córki. – To nie ty zajmowałaś się tym, czy obrus jest czysty, świeżo wyprasowany i pasuje do pory roku, tylko Antośka.
– Moja droga, to, że nie robiłam wszystkiego osobiście, nie oznacza, że się tym nie ZAJMOWAŁAM… – Adela wyprostowała się z godnością i ściągnęła kapturek z dzbanka. – Zawsze zwracałam uwagę na to, czy na obrusie nie ma zakładek, szczypanek i śladów po złożeniu. Chciałam, aby dom był prawdziwym domem…
Martyna kontrolnie przyjrzała się nadal znieruchomiałej córce i sięgnęła po swoją filiżankę.
– Zadziwiające, jak z biegiem czasu zaczynasz wszystko widzieć inaczej, tak, jak ci pasuje… Twoja troska o dom, ograniczająca się do pytania Antośki, czy wszystko jest w porządku, nagle urasta do pełnego poświęcenia się ognisku domowemu. Zaraz usłyszę, że nocą cerowałaś mi rajstopki.
– Oczywiście, że nie cerowałam. Przecież to bez sensu, lepiej kupić nowe. Przynajmniej rajstopki. Spodenki to co innego, Antosia zawsze naszywała ci łatki na kolanach.
– Aha! Właśnie tak, Adelo, właśnie tak. Po linii najmniejszego oporu, byle dalej od wizerunku pełnej poświęcenia matki.
– Natomiast ty dbasz przede wszystkim o ten wizerunek. Za wszelką cenę, prawie po trupach. Czasami naprawdę po trupach.
Amelia, nadal oniemiała, wpatrywała się w mówiące z irytacją kobiety, którym dyskusja w żaden sposób nie przeszkadzała w nalewaniu sobie kawy, profanowaniu jej śmietanką i nakładaniu szarlotki na talerzyki. Widziała je tak, jakby znajdowały się na ekranie telewizora, za grubą, tłumiącą dźwięki szybą. Jakieś gadające głowy, nachylające się do siebie wcale nie po to, by wzmocnić argumenty, ale by sięgnąć po serwetkę czy cukiernicę stojącą bliżej tej drugiej.
I to podobieństwo. Długie czarne włosy matki wyrastały nad czołem dokładnie tak samo jak siwe pasma Adeli. Takie same oczy, nieprawdopodobnie zielone, w których błyskały złote iskierki. Oczy Adeli nie były teraz oczami starej kobiety. Były… zbyt intensywnie zielone, zbyt żywe. Adela nie używała przecież kredki, a nawet gdyby pokusiła się o taką ekstrawagancję, nie zrobiłaby wokół oczu grubych, zielonych obwódek. Wyglądała jednak, jakby eksperyment z kosmetykami lekko wymknął się spod kontroli. Tymczasem włosy matki naelektryzowanymi pasmami podnosiły się, aby zaraz opaść. One… falowały, poruszały się w jakiś ślisko-obrzydliwy sposób, rybi, gadzi, a może nawet… zmysłowy. Jak włosy topielicy, które splątały się z wodorostami. Powolny ruch czarnych pukli sprawiał, że wszystko wkoło poruszało się w zwolnionym tempie, słowa kobiet brzmiały jak głos z zepsutej kasety magnetofonowej, rozciągały się i zniekształcały.
Co jakiś czas mama rzucała w jej stronę sondujące spojrzenia. Wreszcie odłożyła filiżankę i, przerywając perorującej Adeli w pół słowa, nachyliła się do córki.
– Kochanie, już? Możesz oddychać?
Amelia uświadomiła sobie, że od momentu przesunięcia się filiżanki nie wypuściła zaczerpniętego powietrza. Zrobiła to teraz, łapiąc je szybkimi haustami. Wstała gwałtownie, przewracając krzesło, które upadło z hukiem. W panice przesunęła się do ściany i oparła o nią.
– Filiżanka… – Przełknęła ślinę. – Ta filiżanka… w róże.
– W blade róże, które tak podobały się Gerhardowi – podpowiedziała uprzejmie Adela, z zainteresowaniem wpatrując się we wnuczkę.
– Ona sama się przesunęła… – Amelię ogarnęło zwątpienie we własne zmysły. A może to ona sięgnęła po tę filiżankę i nie pamięta? Może uderzenie w stół wywołało przesunięcie się naczynia?
– Widzisz, Amelio… – Martyna wstała od stołu i obeszła go wkoło, zbliżając się do córki. Zaplatając palce ze zdenerwowania, odwróciła się w stronę Adeli. – Dlatego chciałyśmy z tobą porozmawiać. To znaczy babcia musi z tobą porozmawiać.
Im bardziej zbliżała się do córki, tym intensywniejsza stawała się zieleń jej oczu, a włosy coraz mniej falowały wokół jej twarzy. Skrzypienie starych desek podłogi podkreślało każdy jej krok. Amelia bała się coraz bardziej. To nie jej matka się zbliża, tylko jakaś pokręcona wizja, produkt jej podświadomej niechęci do niej, tłumionych żalów, i efekt niedomówień. Tak powiedziałaby pani Marta, psycholog, do której zaprowadziła ją matka, tłumacząc, że parę sesji jej nie zaszkodzi. Plus oczywiście efekt tych leków na uspokojenie. Widocznie tak właśnie traktowała swoją matkę – jako przerażającą czarnowłosą wiedźmę, topielicę, która chce ją zniszczyć, skrzywdzić, a najpierw śmiertelnie przestraszyć. Właściwie wizja powinna przedstawiać metalowego androida poruszającego się „szur-szur, zgrzyt-zgrzyt”, mechanicznym głosem wydającego z siebie pojedyncze słowa: „obowiązek”, „odpowiedzialność”, „porządek”, „przyzwoitość”. A… i „samodzielność”. To by bardziej pasowało, i było logiczne. Amelia wpatrywała się w tę nową wersję matki z rozbawieniem ocierającym się o histerię.
– Kochanie, ja wiem, jak dziwnie to wszystko wygląda – powiedziała Martyna niepewnym głosem, robiąc nieokreślony ruch ręką, który równie dobrze mógł wskazywać filiżankę Gerharda, Adelę albo i cały dom. – Wiem, że to dla ciebie szok, i w ogóle… – Teraz to ona przełknęła głośno ślinę. – Ale musimy przez to przejść jakoś, no… Ja wiem, że jesteś mądrą dziewczynką i spokojnie dasz sobie wszystko wytłumaczyć. A to wcale nie jest straszne czy… niepokojące. No, może czasem niebezpieczne, ale jeśli spojrzy się na to jak na przygodę…
Kolejny raz odwróciła się do Adeli, szukając w niej wsparcia. Babcia jednak nie wstała od stołu, tylko przyglądała się wnuczce, popijając kawę małymi łyczkami. Odstawiła filiżankę, podparła ręką brodę i czekała na dalszy ciąg wywodu swojej córki, występującej w całkiem nowej dla niej roli.
– Może to moja wina. Widzisz, nic ci nie mówiłam, nie przygotowałam cię na to, chociaż wiedziałam, że wcześniej czy później może to nastąpić. Tylko widzisz, kochanie, miałam nadzieję, że może ciebie to ominie. Wiem, to takie głupie, bo wiadomo, że nie da się ominąć czegoś takiego…
Amelia jeszcze raz głośno wypuściła powietrze. Pomijając już wpływ leków, które wywołały te omamy wzrokowe, cała reszta zaczynała brzmieć sensownie. Matka chyba myślała o tym, że to ta historia z Adriankiem wywołała szok, a teraz próbowała się wytłumaczyć, dlaczego nigdy nie rozmawiała z nią o seksie ani o takich historiach („No, proszę wpływ matki: nawet w myślach nie przejdzie słowo «gwałt», tylko zastępuję go «takimi historiami»”). Ani o tym, że kobieta w szale jest w stanie wyrwać drzwi od samochodu. „Spokojnie oddychać, zamknąć oczy, wszystko stanie się normalne”. Tylko dlaczego matka chce, aby to babcia przeprowadziła tę uświadamiającą gadkę szmatkę? Aż tak boi się rozmów o seksie, nie pasuje jej to do planu: „święta Martyna i jej czysty świat”? Nagle sprawa seksualności własnej córki przeraża ją do tego stopnia, że woła na pomoc własną matkę? Matkę, z którą nawet nie chciała utrzymywać kontaktów?
„Biedna Martyna – pomyślała z ironią Amelia. – Biedna, grzeczna, czyściutka Martynka, która wszystko wie i najlepiej zna się na wszystkim, musi powiedzieć coś brzydkiego na bardzo brudny temat”.
Otworzyła oczy, ale stojąca jeszcze bliżej matka nie straciła nic ze swojego topielicowego wyglądu. Blask zielonych oczu przerażał nadal, poruszające się włosy niezmordowanie tańczyły wokół jej głowy, tylko mina była jeszcze bardziej niepewna niż przed chwilą. Niezły stuff zapodała jej matka w tych kapsułkach, nie ma co!
– Chcesz mi teraz powiedzieć, że nie rozmawiałaś ze mną o seksie, bo się bałaś? I czujesz się winna, że spotkało mnie coś takiego jak próba GWAŁTU, bo nie uprzedziłaś mnie o tym, że kiedy facet czegoś chce, może wziąć to siłą, a potem człowiek głupieje i widzi latające filiżanki?
Sarkazm w głosie dziewczyny byłby może bardziej czytelny, gdyby jej głos nie drżał. Matka otworzyła usta i zaraz je zamknęła, jakby spodziewała się usłyszeć coś całkiem innego. Adela odetchnęła wystarczająco głęboko, by przerwać ciszę.
– Nie, Amelio, mama chciała ci powiedzieć, że sama przesunęłaś tę filiżankę, bo jesteś czarownicą.
Dziewczyna parsknęła śmiechem i powtórzyła powoli:
– Czarownicą? – Zabrzmiało to tak lekceważąco, jak: „Co ty nie powiesz?”. Tak się odpowiada, kiedy ktoś próbuje przekonać cię, że doznał objawienia i po drugim joincie zrozumiał sens świata.
Adela popatrzyła na nią z uśmiechem:
– Tak, kochanie. Czarownicą, tak jak ja i twoja matka.
Są w każdym filmie czy sensacyjnej książce takie momenty, które potrafią wywołać stan najwyższej irytacji. Należą do nich sceny, w których grupa osób będących o krok od śmiertelnego niebezpieczeństwa, kierowana jakąś idiotyczną, niemającą nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem myślą, postanawia się rozdzielić. To sakramentalne: „Rozdzielmy się!”. Kto, chcąc przeżyć w skrajnej sytuacji, wpada na pomysł, aby dobrowolnie opuścić grupę osób, z którą ma szansę jakoś przetrwać albo pokonać przeciwnika? Można też liczyć na szczęśliwy los, że kiedy już dojdzie do bezpośredniej konfrontacji, to coś, co czai się w ciemności albo wśród drzew, pożre kogoś innego. Albo sytuacje z niezdrową ciekawością. Wszyscy przed ekranami krzyczą: „Nie wchodź tam, idiotko!” lub: „Uciekaj, kretynie!”, ale bohater za żadną cenę nie może zwalczyć głupawej ciekawości, która pcha go do otworzenia tamtych drzwi, nachylenia się nad ciemną studnią czy czekania do samego końca narodzin Obcego. Oczywiście to wina scenarzystów, którzy z zapałem próbują wprowadzić widzów w stan niepokoju, uzyskując jednak tylko tę irytację.
Jednak najbardziej irytujące są momenty, kiedy bohaterowie otrzymują jakąś życiową szansę, ważną wiadomość, zmieniającą ich los, ale w pierwszym odruchu negują zaistniałą sytuację. Wprawdzie potem przyjmują do wiadomości fakty, ale – nie wiedzieć czemu – wcale się z nich nie cieszą. Zaczynają mieć dylematy natury moralnej i etycznej. Czy aby to coś przytrafia im się zasłużenie? Tak się zastanawiają, deliberują, by po wielu perypetiach oddać walkowerem szansę na coś wyjątkowego. W imię zasad albo po prostu z braku wyobraźni. Dlatego Amelka wielokrotnie deklarowała podczas nocnych seansów filmowych – odbywających się regularnie w jej pokoju, w towarzystwie Andrzeja, a czasem i matki – że jeśli kiedykolwiek otrze się choć o sam ogon, przechodząc obok takiej szansy, uwiesi się tego ogona z całej siły, nie bacząc na konsekwencje.
Patrząc na wyglądającą jak topielica matkę oraz siedzącą przy stole kobietę, która podobno jest jej babką, Amelka pamiętała dobrze tamtą irytację na niemrawe postacie w filmach i swoje deklaracje. Jednak przede wszystkim chodziło jej po głowie dość często powtarzane przez Andrzeja credo: „Uważaj, jakich rzeczy pragniesz, bo możesz je osiągnąć”.
– Zwariowałyście… Mamo, proszę cię, niech to się skończy. Co tu jest, do cholery, grane?
Wbiła w nią proszący wzrok. Szukała ratunku, starając się skupić na jej oczach. Modląc się, by znowu stały się zwyczajne. To z nią samą coś było nie tak. Wszystko przez niewyspanie, przez leki. Zaraz się obudzi, otworzy oczy i będzie w swoim pokoju.
– Martyna, posadź ją. Przecież widzisz, że ledwo trzyma się na nogach. I daj jej już tę kawę.
Dziewczyna pozwoliła doprowadzić się z powrotem do stołu. Matka usiadła obok i objęła ją ramieniem. Adela obserwowała je chwilę w milczeniu, z satysfakcją. Ciszę przerwała wchodząca do kuchni Antośka, gdy szurając głośno swoimi pantoflami, spokojnie podeszła do lodówki.
– Śniadanie, śniadanie – mruczała pod nosem. Brak odpowiedzi i cisza przy stole zmusiły ją, by się odwrócić. Trzy kobiety siedziały w milczeniu, patrząc na siebie. Drżące nerwowo usta dziewczyny, czuły gest Martyny i powaga w oczach Adeli musiały jej coś podpowiedzieć, bo, mrucząc po swojemu pod nosem, podeszła do nich i mocno przytuliła Amelkę do siebie. – Dobrze, dobrze. Zabijać złe. Dobrzeee…
Oczy Amelki, wlepione w niską postać stojącą obok jej krzesła, robiły się coraz większe.
– Jakie „złe”…?
– Antosiu, jesteśmy bardzo głodne. – Adela uśmiechnęła się do staruszki i zabębniła lekko palcami o blat stołu, jakby chciała naprawić napiętą atmosferę po niewielkim faux pas uczestnika proszonej herbatki. – Zjemy sobie jajecznicę!
Martyna nie przestawała obejmować Amelki i uspokajająco masować jej ramię. Uśmiechała się, próbując ukryć w ten sposób własny lęk przed mówieniem. Przeprosić córkę, jednocześnie uspokajając siebie. Patrzyła z nadzieją na swoją matkę, licząc, że to ona weźmie wszystko w swoje ręce. Zajmie się problemem, pokieruje wszystkim, biorąc na siebie całą odpowiedzialność. Ona była już zmęczona. Udawaniem, prowadzeniem wzorowego domu, życiem w strachu, że wydarzy się coś, co zachwieje tą budowaną na kłamstwie iluzją dzielnej samotnej matki, spokojnej pani patolog ze szpitala wojewódzkiego. Chłodnej i spokojnej osoby, podejrzewanej przez znajomych oraz kolegów w pracy, że jest po prostu nietowarzyską, nudną i zgorzkniałą kobietą. Perfekcjonistką bez uczuć. A ona tylko starała się zapewnić dziecku normalne dzieciństwo, tak inne od jej własnego. Skupiała się na tworzeniu pozorów, w które sama prawie uwierzyła. A teraz nie miała siły, by usprawiedliwiać się przed córką, wyjaśniać. Na to przyjdzie czas później. Tylko nie teraz. Adela chyba to w końcu zrozumiała i sama zwróciła się spokojnym głosem do wnuczki:
– Twoje zmysły są teraz wyostrzone, prawda? Obie nas widzisz inaczej, niż… wskazywałaby na to logika. To minie. Gdyby nie leki, które podała ci mama, prawdopodobnie od razu po odzyskaniu przytomności zaatakowałaby cię inna rzeczywistość. Właśnie tak – zaatakowała. Natłok wrażeń, intensywnych i zbyt mocnych. Nauczysz się nad tym panować, selekcjonować to, co chcesz widzieć, słyszeć, a nawet odczuwać. Na razie musisz sobie z tym radzić. Mama przywiozła cię tutaj, żeby ten stan, to znaczy ten początek, był jak najmniej męczący. Dla ciebie i otoczenia. A szczególnie dla otoczenia.
Jakby na potwierdzenie jej ostatniego zdania filiżanka Amelki ponownie odbyła podróż w poprzek stołu, tym razem jednak nie zatrzymując się przed krawędzią. Z głośnym brzękiem rozbiła się na podłodze.
– Dziecko, nie baw się, kiedy próbuję ci coś wytłumaczyć.
Amelka mruknęła przeprosiny. Zawstydziła się, jednak nie przez to, że rozbiła filiżankę z tego cholernego kompletu w róże, ale przez to, że i matka, i babcia widziały, jak próbuje swoich sił. Z jednej strony wydawało jej się, że śni jakiś koszmar, a z drugiej… z zawstydzeniem pragnęła, żeby ta sprawa z filiżanką nie okazała się przywidzeniem.
– Chciałam tylko sprawdzić…
– Rozumiem, ale poprzednim razem to ja zatrzymałam tę filiżankę. Żeby czegoś używać, należy najpierw nauczyć się, jak to działa, a przede wszystkim – jak się to wyłącza. Istotne zarówno w przypadku piły tarczowej, jak i Mocy. Nieprawdaż, Martyno? – Adela rzuciła córce pytające spojrzenie, które nie było tylko uprzejmą próbą włączenia jej do rozmowy. Stanowiło bardziej jakąś złośliwą aluzję, przypomnienie i wyrzut.
– Wprost elementarne, drogi Watsonie. – Martyna spokojnie wytrzymała wzrok matki.
Znowu starcie dwóch kobiet, które dziewczyna obserwowała z boku. Zdziwienie i pierwsze zaskoczenie zaczęły się powoli zamieniać w zaciekawienie.
– Mocy? To nie magia?
Adela z niesmakiem pokręciła głową.
– Pojęcie magii jako takiej ostatnimi czasy się zdewaluowało. Mam na myśli ostatnie paręset lat. A dokładnie, odkąd Kościół katolicki postanowił być jedynym słusznym źródłem prawdy mówiącej o mechanizmach i zasadach kierujących światem.
Coś z hukiem upadło na podłogę – to Antośka upuściła dużą patelnię. Leżąca dotąd spokojnie suka zerwała się i szczeknęła raz, ostrzegawczo. Amelka też podskoczyła przestraszona i spojrzała na staruszkę. Ta gwałtownie się przeżegnała, robiąc wielki znak krzyża. Adela też to zauważyła i z cierpliwością, podszytą znudzeniem, jakby mówiła po raz setny do niesfornego dziecka, zwróciła się w stronę kuchenki:
– Na litość boską, Antosiu! No i po co te demonstracje…? O czym ja to…? Zawsze powoływano się na magię, nazywając tak wszystko, co nie mieściło się w skali rzeczy zwykłych i wytłumaczalnych, od umiejętności znachorki po seksapil. Moc to coś, co jest naturalne, dane nam tak jak wzrok czy węch. Możesz uznać, że to czysta fizjologia. Po prostu oddychasz, prawda? Z Mocą jest tak samo. Ty teraz oddychasz głębiej.
– Nie chwytam. Możesz to wytłumaczyć inaczej?
– Chyba nie. Ale mogę ci powiedzieć, że twoja matka ma hiperwentylację. – Zignorowała oburzone spojrzenie Martyny. – Problem w tym, że nie żyjesz z tym od urodzenia, przynajmniej większość z nas tak miała, tylko musisz się nauczyć, jak to wykorzystywać, a przede wszystkim – jak z tym żyć. To nie jest jakaś zabawa w zaklinanie pogody przy świecach w odpowiednim kolorze, wyczarowywanie sobie kochanka albo pełnego konta. Najważniejsze, żebyś się kontrolowała, zwracając szczególną uwagę na pragnienia, nawet te wyrażane tylko w myślach. Przynajmniej teraz, na początku.
Dziewczyna wpatrywała się w babcię, spokojnie potakując głową.
– Dostanę instrukcję obsługi? Nie tej piły, tylko tego drugiego. – Starała się mówić spokojnie. Lata praktyki w nieokazywaniu emocji przy matce okazały się bardzo przydatne. Przynajmniej do czasu, kiedy naprawdę będzie potrafiła swobodnie o tym wszystkim rozmawiać.
Babcia, nadal zamyślona, spoglądała na dziewczynę z zatroskanym wyrazem twarzy.
– I tu jest pewien problem, kochanie. Choć popieram wiedzę teoretyczną w każdej dziedzinie, z przykrością muszę stwierdzić, że tylko własne doświadczenie może cię czegoś nauczyć. Pod odpowiednią kontrolą. Trochę informacji też ci się przyda, ale to panowanie nad sobą jest teraz najważniejsze. Oczywiście ktoś musi tobą pokierować.
Dziewczyna spojrzała w naturalnym odruchu na obejmującą ją matkę, oczekując, że to ona teraz przejmie pałeczkę. Tak jak uczyła ją chodzić, asekurując każdy jej upadek, jak biegła za małym rowerkiem, kiedy Amelka uczyła się jeździć na dwóch kółkach, jak podała jej pierwszą paczkę podpasek – tak teraz znowu stanie się kimś ważnym i najmądrzejszym. Będzie uczyć i prowadzić ją, a poprzednie lata to było tylko preludium do najważniejszego zadania, jakie je czekało. Uświadomiła sobie, że od kiedy matka odsunęła się, ograniczając swoją rolę do czujnego obserwatora i przestając ingerować we wszystko, poczuła nie tylko ulgę, ale też jakąś stratę. Jakby danie jej swobody w podejmowaniu decyzji w codziennym życiu, wprawdzie małych, nieistotnych, było zwykłym odrzuceniem. Dlatego podświadomie chłodno traktowała matkę, jak kogoś, kto ją zranił – nie chcąc okazać mu żalu. A duma nie pozwala jej uświadomić sobie, gdzie jest źródło tej niechęci.
Matka patrzyła na nią z czułością. Po chwili spuściła wzrok, przenosząc go na Adelę, a potem z jakąś niepewnością, prawie przepraszająco, zabrała rękę z ramienia córki.
– Babcia będzie nad tobą czuwać cały czas. Ona lepiej… wie, jak ci pomóc, przynajmniej na razie.
– Ty nie możesz? – Zaczepna nuta w głosie dziewczyny była słyszalna bardziej, niż tego chciała. Czuła się tak, jakby ktoś pokazał jej na dłoni coś pięknego, pożądanego, a następnie z szyderczym śmiechem schował rękę za siebie. – Szkoda ci na mnie czasu?
Dobrze znany ruch matki, pocieranie dwoma palcami brwi. Tak robiła, kiedy córka zadawała pytania o ojca, kiedy prowokowała ją głupimi tekstami, żeby choć podniosła głos. Zawsze łączyła ten gest z sygnałem: „dziecko, dlaczego mnie tak męczysz?”. Nie wiedziała, że tak naprawdę Martyna zachowywała się tak, kiedy miała ochotę wbić sobie paznokcie w rękę i krzyczeć: „Tak, to moja wina!”.
– Babcia ma doświadczenie, wie więcej. – Następne zdanie było już powiedziane zwykłym dla niej, stanowczym i chłodnym głosem: – Obawiam się, że ja mogłabym popełnić jakieś błędy.
W oczach córki coś gasło. Martyna wiedziała, że znowu oddalają się od siebie, choć tak bardzo tego nie chciała. Brnęła jednak dalej:
– Dlatego najlepiej będzie, jeśli zostaniesz tutaj przez jakiś czas.
Kolejna rozmowa, w której matka informuje ją o ważnej sprawie, zamiast jakiejś dyskusji czy pytania jej o zdanie. Oczywiście, nie da po sobie poznać, że ta decyzja boli ją jak kolejne odrzucenie. Sprzeciwianie się mówiącej w ten sposób matce mija się z celem.
– Oczywiście, jeśli tak uważasz. Pewnie zapakowałaś mi walizkę, wyjeżdżając?
– Oczywiście.
Antośka podała śniadanie, sama nie siadając do stołu. Jadły w milczeniu, Adela co jakiś czas spoglądała badawczo na córkę i wnuczkę.
– Po śniadaniu pokażę ci twój pokój, Amelko. I cały dom. Chyba że wolisz teraz się przespać?
– Dziękuję – powiedziała sucho. Po chwili dodała jednak: – Babciu.

Dyskusja