Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Na ratunek europejskiej cywilizacji – recenzja „Sto dni bez słońca”

Przyglądając się pracom i przemyśleniom współczesnych autorytetów ze świata nauki, filozofii czy polityki, nietrudno natknąć się na tezy o nieuchronnym upadku tego, co przez setki lat konstytuowało europejską cywilizację. Wskazują oni między innymi na kryzys etosu akademickiego, zanikanie tego, co stanowi jego istotę – dążenia do prawdy, rzetelności, odpowiedzialności naukowca – na rzecz obniżania standardów nauczania czy inflacji naukowej tytulatury. Zagadnienia tego dotyka także Wit Szostak na stronach swojej najnowszej powieści, zatytułowanej „Sto dni bez słońca”.

Bohaterem powieści jest doktor Lesław Srebroń – polski filolog, polonista specjalizujący się w badaniach nad twórczością wybitnego pisarza fantastyki, Filipa Włócznika. Dzięki otrzymanemu stypendium ma on możliwość udania się do St. Brendan College położonego na wyspach zwanych Finneganami. Na miejscu przekonuje się, że poza nim samym, wśród niewielkiej finnegańskiej społeczności znaleźli się badacze i naukowcy z całego globu, a między nimi kilka niepodważalnych sław światowej humanistyki. Warunki do pracy Srebroń ma wręcz komfortowe. Po pewnym czasie w jego głowie rodzi się genialny, w jego mniemaniu, projekt naukowy, którym ma nadzieję odmienić oblicze nauki i rozwiązać problemy trapiące współczesne społeczeństwa.

Problem w tym, że pozostała część akademickiej społeczności, która osiadła na Finneganach, nie jest specjalnie przekonana do tego projektu. W miarę czytania kolejnych kart dziennika Lesława Srebronia – bo taką właśnie formę przyjął utwór Szostaka – odbiorca coraz bardziej nabiera przekonania, że praca wysłanych na wyspy naukowców nie ma nic wspólnego z ratowaniem zachodniej cywilizacji, zaś sam główny bohater to nie wybitny badacz humanistyki, a żałosny megaloman, naiwnie przekonany o doniosłej roli, jaką ma do odegrania na polu rozwoju nauki. Dla Srebronia współżycie z rozwiązłą koleżanką po fachu ma wymiar ściśle naukowy. Założenie tweedowej marynarki – takiej samej, w jakich zwykli pokazywać się mieszkańcy Finneganów – świadczyć ma o symbolicznym wejściu w skład lokalnej społeczności, natomiast przekroczenie progu gabinetu dogorywającego profesora to awans o kilka stopni wśród akademickiej braci. Protagonista budzi u czytelnika różne, niekiedy skrajne emocje. Obserwując, jak kolejne niepowodzenia i kompromitacje stara się tłumaczyć w dogodny dla siebie sposób, trudno nie poczuć zażenowania, czy wręcz politowania. Jego brak zaradności i wyolbrzymione poczucie własnej wartości niekiedy śmieszy, innym razem złości, ale nie jest to postać, którą można by znienawidzić – mimo wszystko Srebroń jest człowiekiem dobrodusznym, o jasno sprecyzowanych wartościach, choć niejednokrotnie zupełnie nieprzystających do rzeczywistości, w której przyszło mu egzystować.

Poza głównym bohaterem mamy w książce Szostaka cały szereg innych, równie nietuzinkowych postaci. Większość z nich to członkowie akademickiej społeczności, którymi Srebroń zwykł się otaczać. Choć narrator nieustannie mówi o nich jako o sławach i niepodważalnych autorytetach w dziedzinie humanistyki i ostatniej desce ratunku dla nauki Starego Kontynentu. Trudno jest oprzeć się wrażeniu, że większość z nich to albo dawno wygasłe gwiazdy, których obecnie nikt już nie poważa, albo badacze, których dokonania mają w rzeczywistości marginalne znaczenie dla rozwoju nauki. Profesor Protopopow, którego osobą Srebroń jest zachwycony, od lat nie wydał żadnej wartościowej pracy. Pewna chorwacka uczona zajmuje się motywem winorośli we współczesnej prozie bałkańskiej, inna – o wyraźnym, feministycznym zacięciu – w pocie czoła pracuje nad monografią zatytułowaną „Pochód penisa przez dzieje”. Jedynie Marcin Swoboda, przybywający na Finnegany później, niż pozostali, wydaje się nie pasować do tego ekscentrycznego towarzystwa, ale i wiedzieć więcej niż inni o tym wszystkim, co dzieje się na wyspach. Nic dziwnego, że nie zaskarbia sobie sympatii protagonisty, który ma względem niego pewne podejrzenia.

Wszystkie te perypetie ludzi nauki toczą się w miejscu będącym od początku do końca wytworem wyobraźni autora. Wyraźnie jednak da się dostrzec, że Wit Szostak świetnie się bawił, kreując przed czytelnikiem obraz sielskiej, żyjącej na odludziu i oddzielonej morzem od cywilizacji, finnegańskiej społeczności. Życie toczy się tu niespiesznym tempem i rządzi własnymi prawami. Finnegańczycy mają osobliwe tradycje i zwyczaje związane z historią wyspy, zaś między mieszkańcami odnaleźć można nad wyraz intrygujące persony. Choć, jak wskazuje tytuł (a ten da się wielorako interpretować), przez większość pobytu na Finneganach pogoda naszego bohatera raczej nie rozpieszczała, to bez wątpienia jest to miejsce wyjątkowo interesujące, zdolne zauroczyć czytelnika. Zwłaszcza, że Szostak – czy może raczej Srebroń – snuje swoją historię w taki sposób, że kartki przewraca się z zapartym tchem, chłonąc liczne, zaledwie kilkustronicowe rozdziały jeden za drugim.

Swoją najnowszą powieścią Wit Szostak udowadnia raz jeszcze, że jego twórczości nie da się jednoznacznie zaklasyfikować do konkretnego literackiego gatunku. Autor, do tej pory kojarzony przede wszystkim jako twórca fantastyki, tym razem stworzył dzieło wymykające się większości standardowych konwencji, nie bez przyczyny wydane w ramach serii „Kontrapunkty”. Chociaż pozornie pozbawione elementów nadnaturalnych, w praktyce urzeka pewną niezaprzeczalną magią, pozostawiając niedopowiedzenia i otwarte furtki do indywidualnych czytelniczych interpretacji. „Sto dni bez słońca” to opowieść pasjonująca, niekiedy smutna, innym razem zabawna, ale bez wątpienia inteligentna i nie pozostawiająca odbiorcy obojętnym.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja