Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Niełatwo być Bogiem – recenzja „Bruce Wszechmogący”

Kiedy szaremu śmiertelnikowi życie nie układa się po jego myśli i zamiast pasma nieprzerwanych sukcesów ciągle wieje przysłowiowy „wiatr w oczy”, często najwygodniej za swoje nieszczęścia i nieudacznictwo jest mu obwiniać samego Pana Boga. W taki właśnie sposób własne niepowodzenia tłumaczy Bruce Nolan, bohater kultowej już komedii Toma Shadyaca. Tymczasem zafrapowany egocentryzmem młodego mężczyzny Stwórca, postanawia ponownie spłatać mu figla.

Jak wskazuje tytuł, pewnego dnia główny bohater otrzymuje boską moc i ma za zadanie zastąpić Boga w jego codziennych obowiązkach.

Bruce szybko jednak przekonuje się, jak wymagająca i odpowiedzialna jest to funkcja. Każdego dnia na jego skrzynce mailowej pojawiają się miliony próśb, błagań, skarg i zażaleń. Ciężar nowych zadań przytłacza go do tego stopnia, że wywiązuje się z nich w sposób skrajnie nieodpowiedzialny, a nowo nabyte możliwości zamiast do pomocy innym, postanawia wykorzystać do odmiany własnego losu.

„Bruce Wszechmogący” to przykład lekkiej i przyjemnej, ale zarazem niebanalnej komedii zza oceanu. Prezentowany w niej dowcip nie jest może specjalnie wysublimowany, niemniej daleko mu do poziomu klozetowych gagów z wiadomych amerykańskich produkcji.

Nietuzinkowy pomysł na fabułę zrodził przed scenarzystami niezliczone wręcz możliwości, jeśli chodzi o komiczne sytuacje i dialogi. I rzeczywiście, okazji do śmiechu jest tu całe mnóstwo. W pamięć na pewno zapadną widzom sceny gaf na wizji popełnianych przez konkurenta głównego bohatera, Evana Baxtera, będących – a jakże – sprawką Bruce’a, czy widok talerza z zupą pomidorową, rozstępującą się przed nim niczym Morze Czerwone przed Żydami.

Nie byłoby jednak tak zabawnie, gdyby nie wyjątkowa obsada. Jim Carrey kolejny już raz udowadnia, że do tego typu komediowych ról nadaje się jak mało kto. Wtóruje mu Jennifer Aniston, również słynąca z występów w produkcjach tego gatunku, w dodatku, pomimo upływu lat, nie mniej urodziwa, niż w czasach, gdy grała uroczą Rachel w „Przyjaciołach”. Strzałem w dziesiątkę okazał się Steve Carell, wcielający się w nadętego, sztywniackiego karierowicza Evana Baxtera.

Całości dopełnia zaś rewelacyjny jak zawsze Morgan Freeman, któremu w udziale przypadła rola samego Stwórcy.

Choć można by pomyśleć, że „Bruce Wszechmogący” to jedna z wielu durnowatych amerykańśkich komedyjek, to spomiędzy kart scenariusza wyłania się jasne przesłanie. Film ewidentnie krytykuje egocentryzm i ośmiesza ludzki brak odpowiedzialności i wyobraźni, choć – jak przystało na podobną produkcję – całość wieńczy sympatyczny, pogodny, i jakby nie patrzeć, nieco przewidywalny finał. „Bruce WSzechmogący” stanowi zatem idealną propozycję dla każdego, chcącego zająć sobie wolny czas lekką i przyjemną, lecz zarazem niegłupią filmową komedią.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja