Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Słabsze jabłko z drzewa Millera – recenzja „Martha Washington”

Niedaleka przyszłość. Początek XIX wieku w Stanach Zjednoczonych. USA znajduje się w fazie upadku. Na skutek działań radykalnych grup dochodzi do serii tragicznych wypadków i wybucha konflikt, w efekcie którego państwo rozpada się na kilka mniejszych krajów. Znajdują się one w stanie permanentnych zmagań militarnych. Już i tak nierówne prawa obywatelskie zostają dostosowane do wymogów nowej władzy. Jednostka przestaje znaczyć cokolwiek. Jedynym dobrem zyskującym bezgraniczną wagę jest konsumpcja. To ona wygrywa wojnę.

W świecie, gdzie rządzą pieniądze i tandeta, w roku 1995 rodzi się Martha Washington. Swoje pierwsze lata spędza w getcie biedoty i stara się nie tyle osiągnąć w życiu cokolwiek ambitnego, ile wkłada wszelkie siły w to, żeby przeżyć. Jej młode, intensywne życie sprawiło, że jest osobą o nieugiętym charakterze i niezwykłym instynkcie samozachowawczym. Po zaciągnięciu się do wojska, mimo utrudnień ze strony rządzących elit, szybko zdobywa kolejne szczeble kariery. Mimowolnie staje się jednym z głównych i najważniejszych pionków na mapie kraju w grze o wolność i swobodę.

Album Martha Washington jest zbiorczym wydaniem, na które składają się wszystkie podserie i zeszyty opisujące przygody dzielnej czarnoskórej pani oficer. Zawiera również dodatki oraz galerie dołączone do serii właściwej. Album łącznie składa się z dwóch części o łącznej objętości ponad 600 stron! Z punktu widzenia formy edytorskiej jest to dzieło niezwykłe.

Za scenariusz serii odpowiedzialny był Frank Miller – autor tak znanych i popularnych komiksów jak Sin City, 300 czy Ronin. Znając jego twórczość, można by spodziewać się dzieła epokowego i poruszającego. Jednak mimo dość ciekawego i wciągającego wstępu komiks szybko zmienia się w dzieło przygodowe, którego możliwości ekspresji emocjonalnej czy światopoglądowej zostały zaprzepaszczone. Miller starał się uczynić ten komiks (podobnie jak inne swoje dzieło – Big Guy) komentarzem wobec szerzącej się wszem i wobec konsumpcji i popkultury. Niestety w tym przypadku zrobił to w sposób nachalny i pretensjonalny, przez co przekaz traci wiele na wyrazie. Postaci, nurty społeczne i ugrupowania polityczne są zbyt przerysowane, żeby być wiarygodnymi. Takie postawienie sprawy w Big Guy nie raziło, gdyż cały komiks był umieszczony w troszkę nierealnym świecie. Tutaj natomiast po poważnym wstępie, który bardziej kojarzył się z dziełami takimi jak V jak Vendetta czy Strażnicy Allana Moore’a czytelnik otrzymuje nagły przeskok stylistyki z realistycznej i poważnej na karykaturalną. Taki zabieg niestety nie ma prawa się sprawdzić gdyż poważne treści nie mogą zostać docenione w surrealistycznej stylistyce, natomiast ciężki klimatem wstęp uniemożliwia odebranie komiksu jako prześmiewczego komentarza. Miszmasz dwóch różnych sposobów opowiadania (poważnej – tak umiejętnie przez Millera użytej w Roninie, oraz karykatury z Big Guya) niestety może zniechęcić do komiksu wielu fanów.

Formie graficznej nadał kształt Dave Gibbons, znany z narysowania jednego z najwybitniejszych dzieł w historii komiksu – Strażników, dostosowując się do pomysłu scenarzysty, również wykazał brak wyczucia, jaki charakter ma przybrać Martha Washington. Rysunki mimo profesjonalnego wykonania nie zachwycają i można je zakwalifikować co najwyżej do przeciętnych osiągnięć graficznych.

Najnowszy komiks Millera można zatem uznać za dzieło w miarę udane, jednak ciężko znaleźć jakikolwiek argument, żeby zaliczyć go do dzieł mistrzowskich. Przeciętny scenariusz zilustrowany nieskomplikowanymi rysunkami sprawiają, że można dzięki jego lekturze uzyskać pewną dozę rozrywki, jednak ciężko znaleźć jakikolwiek powód do rozmyślań czy zachwytu. Szczególnie za niebagatelną cenę 220 złotych, której nie usprawiedliwia nawet format komiksu.

Dyskusja