Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Umarlaki w natarciu – recenzja „Noc zombie”

Przeciętny miłośnik horroru jest świadkiem zombie-apokalipsy przynajmniej kilka razy do roku. Zliczenie książek, komiksów i filmów, traktujących o żywych trupach, choćby tylko tych powstałych na przestrzeni ostatnich paru lat, byłoby zadaniem karkołomnym. Mogłoby się zatem wydawać, że stworzenie w obrębie tej konwencji jakiegokolwiek utworu, który nie byłby tylko kalką wcześniejszych dzieł, jest już niewykonalne. Tymczasem „Noc zombie” Briana Keneego, choć nie jest książką w żaden sposób odkrywczą czy przełomową, udowadnia, że o umarlakach nadal można pisać ciekawie i z polotem.

Głównego bohatera, Jima Thurmanda, poznajemy w niezbyt przyjemnych okolicznościach. Mężczyzna w średnim wieku, rozwodnik po przejściach, skrywa się we własnoręcznie wybudowam, podziemnym schronie, świadom, że na powierzchni szwenda się horda nieumarłych, czekających tylko, by zatopić zęby w jego ciele. Tragizmu sytuacji dodaje fakt, że jest wśród nich Carrie, jego żona, która tuż przed nastaniem zombie-apokalipsy znajdowała się w zaawansowanej ciąży. Jim nie ma złudzeń co do swojej przyszłości: wie, że prędzej czy później albo skona z głodu, albo sam stanie się pokarmem dla ożywieńców. Dopiero gdy niespodziewanie odezwie się jego telefon komórkowy, a w słuchawce da się usłyszeć Danny’ego – ukochanego syna Jima z pierwszego małżeństwo – mężczyzna zdecyduje się postawić wszystko na jedną kartę i wyruszyć w długą i śmiertelnie niebezpieczną wędrówkę, by przynieść mu ratunek. Nie wie, że świat na powierzchni w niczym nie przypomina tego, który zapamiętał przed wejściem do schronu.

Napis na odwrocie okładki „Nocy zombie” głosi, że książka ta trafi przede wszystkim w gusta miłośników mocnych, brutalnych horrorów. Lektura przekonuje, że nie ma w tym przesady. Przemocy jest tu pod dostatkiem i co ciekawe, wiąże się ona nie tylko z walkami pomiędzy ludźmi a zombie. Brian Kenee pokazuje, do czego zdolny jest człowiek, jeśli tylko nie ma nad sobą aparatu prawa i przekaże mu się władzę nad innymi. Czyny, jakich dopuszczają się stróże prawa (jakkolwiek motywują oni swoje działania) pozwalają zadać pytanie, kto tu tak naprawdę jest potworem, zombie, czy ludzie – i czy sytuacja graniczna, jaką jest w tym przypadku wysyp ożywieńców, usprawiedliwia chociażby wątpliwe moralnie działania amerykańskich żołnierzy. Mężczyzn przymusowo wciela się do armii, kobiety i dziewczęta zamyka się w naprędce organizowanych burdelach, gdzie za cenę względnego bezpieczeństwa, żywności i dachu nad głową gotowe są ponieść najgorsze upokorzenia. A podobne przykłady można by mnożyć.

Jednym z elementów odróżniających „Noc zombie” od innych przedstawicieli literackich zombie-horrorów jest kreacja tytułowych monstrów. Zwykle ożywieńcy kojarzą nam się z bezmyślnymi, ociężałymi kreaturami, kierującymi swoje kroki za świeżym mięsem. Biorąc do ręki książkę Briana Keneego, należy zapomnieć o podobnym obrazie tych stworów. Tutaj zombie są przerażająco inteligentni. Doskonale pamiętają swoją tożsamość z czasów życia, prowadzą dialogi, potrafią kierować pojazdami, czy obsługiwać broń palną. Miejsce tępych ożywieńców znanych choćby z dzieł Romero, zajmują tutaj zombie-snajperzy, zombie mknący na motocyklach, czy nawet wygłodniałe umarlaki ścigające ofiary na elektrycznych wózkach inwalidzkich. Czytelnikom preferującym tradycyjny obraz zombiaków podobne rozwiązania mogą nie przypaść do gustu, trudno jednak odmówić Keneemu pomysłowości.

Atutem „Nocy zombie” są ciekawi, przemyślani i dobrze skonstruowani bohaterowie, których los nie pozostaje czytelnikowi obojętny. Brian Kenee nieźle kreśli postać Jima Thurmanda, zdeterminowanego i gotowego do każdych poświęceń, które mogłyby przybliżyć go do odnalezienia ukochanego syna. Wplatane tu i ówdzie retrospekcje, wzmianki o charakterystycznych zwyczajach Jima i Danny’ego (vide wzajemne zapewnienia o ojcowsko-synowskiej miłości) dodatkowo przydają mu wiarygodności. Wątek Jima i jego poszukiwań biegnie jednak równolegle z wątkiem Frankie: młodej, aczkolwiek mocno doświadczonej przez życie kobiety, uzależnionej od heroiny i trudniącej się prostytucją, którą poznajemy wkrótce po tym, jak wydała na świat martwe dziecko. Frankie, choć przywykła do upodleń, to jednak twarda, mściwa i pamiętliwa sztuka, sowicie mszcząca doznane krzywdy. Jeśli dodać do tego ostry język, cięte riposty, a także fakt, że na łamach „Nocy zombie” przechodzi pozytywną przemianę, otrzymujemy postać, której nie da się nie polubić.

„Noc zombie” czyta się błyskawicznie i z ciągle rosnącym zainteresowaniem. Książki nie da się tak po prostu odłożyć na półkę przed doczytaniem rozdziału, czy dobrnięciem do ostatniej strony. Akcja wciąga czytelnika bez reszty. Niemniej jednak, od strony fabularnej powieść nie zachwyca. Tak naprawdę, na nieco ponad dwustu stronach obserwujemy nieustanną tułaczkę, z jednej strony Jima, z drugiej zaś Frankie, a wszystko po to, by ich losy w interesujący sposób splotły się pod koniec książki. „Noc zombie” nie przynosi jednak rozstrzygnięć w głównym wątku książki. Nie wiemy także, jaka jest prawdziwa natura demolujących Stany umarlaków. By się tego dowiedzieć, trzeba sięgnąć po kontynuację. „Noc zombie” stanowi raczej ciekawy, rozbudzający zainteresowanie przedsmak prawdziwej zabawy, która czekać będzie czytelnika w „Mieście żywych trupów”. Jeśli tylko Kenee utrzyma dotychczasowy poziom, będzie można mówić o solidnej, nietuzinkowej zombie-dylogii.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja