Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Udawana zabawa w chowanego – recenzja „Hide*out”

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na statku. Właśnie wyją syreny – wezwanie do ewakuacji. Wszędzie dym i płomienie, chaos. Pasażerom grozi naprawdę ogromne niebezpieczeństwo. Może dla dramatyzmu dorzućmy w oddali odgłosy wybuchów. Niechby ten statek był częścią większej flotylli rozszarpywanej przez wraże okręty wojenne. Przenieśmy się teraz do jednej z kajut. Przed lustrem ze stoickim spokojem maluje się jakaś kobieta. Do środka wbiega jej mąż i krzyczy: „kochanie musimy uciekać!” Kobieta nie zamierza jednak ruszyć się nawet odrobinę. Zamiast tego mówi z egzaltacją: „mój drogi, czy nie widzisz, że właśnie się maluję? Poza tym musimy poważnie porozmawiać o twoich manierach przy wczorajszej kolacji.” Brzmi absurdalnie? Niewiarygodnie? Problem w tym, że tak właśnie zachowują się bohaterowie książki Eschbacha.

Teoretycznie „Hide*Out” opowiada o grupie osób ukrywających się przed zbiorowym umysłem zwanym Koherencją. W praktyce bohaterowie sami pchają się w ręce wroga. Nie dlatego jednak, że sytuacja ich do tego zmusza, lecz ze względu na to, iż wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice dają się ponieść własnym pragnieniom. Nie byłoby w tym może nic złego. Każdy bohater może popełniać błędy. Dla czytelnika to nawet lepiej, bo postać staje się ciekawsza, ale w „Hide*Out” dzieje się tak tylko dlatego, że autor potrzebuje pchać akcję do przodu. Działania bohaterów są sztuczne i wymuszone, a najbardziej wyrazistym tego przykładem jest Madonna Two Eagles, Indianka pragnąca zrobić karierę muzyczną. W momencie gdy jej piosenka zdobywa popularność dzięki działaniom innego protagonisty, młodego hakera Christophera Kidda, przestaje się dla niej liczyć wszystko dookoła. Nieważne, że wraz z resztą jest ścigana przez potężną sztuczną inteligencję, wspomnianą Koherencję, która jeśli ją dopadnie, umieści w jej ciele kontrolującego umysł czipa, co skończy się dla dziewczyny zatarciem osobowości, a poprzez ujednolicenie gustu odbierze kreatywność, wrażliwość estetyczną i artystyczną. Madonna nie pomyśli o tym nawet przez chwilę. Ona chce być piosenkarką i nią zostanie.

Inny przykład, bardzo podobny do opisywanej na początku sytuacji w kajucie, jedna z drugoplanowych postaci, była żona Jeremiah Jonesa, przywódcy uciekinierów, zostaje zaatakowana przez agentów Koherencji. Zostaje jednak uratowana i trafia do ukrytego obozu, w którym wszyscy się ukrywają. Mimo dramatycznych wydarzeń jej największym zmartwieniem nie jest dylemat, jak przystosować się do nowego życia, ale fakt, że nie dała znać, iż nie pojawi się w pracy oraz że Serenity, córka, też uciekinierka, nie przystąpi do egzaminów końcowych. Stanowczo domaga się więc, aby nastolatka wróciła do szkoły. Gdyby to był jednostkowy przypadek, byłoby to nawet ciekawe. Bohaterka z traumą, nie potrafiąca się dostosować, takie piąte koło u wozu, ma potencjał emocjonalny i fabularny. Tyle że dla „Hide*Out” to norma. To świat płaskich postaci, działających na zasadzie deus ex machina, pozbawionych racjonalnych zachowań i bez psychologicznej głębi.

Z zarzutem braku głębi wiąże się również to, jak Eschbach traktuje swoich czytelników. Nie chodzi tu w sumie o przekaz bezpośredni. Wynika to raczej z konstrukcji bohaterów. Bywają w powieści momenty, w których ktoś objaśnia świat, jakieś zjawisko albo wydarzenie – słowem, dostarcza informacji niezbędnych do dalszego rozwoju fabuły. W dobrym science-fiction wiąże się to często z przedstawieniem jakiejś naukowej teorii czy opisu działania mechanizmu czy procesu. Świetnie to było podane np. w technothrillerze „Park jurajski” Crichtona, gdzie mogliśmy się dowiedzieć nieco o teorii chaosu. Czasem takie elementy ekspozycji są niezbędne. Czasem to po prostu wartość dodana. „Hide*Out” niestety nawet tu nie jest w stanie czegokolwiek zaoferować, mimo że autor ma wiedzę o informatyce, pracował jako programista, a bohaterem książki jest haker. Przedstawiane problemy techniczne są tak podstawowe, tak naturalne dla współczesnego użytkownika sieci i komputerów, że aż trudno zrozumieć, czemu autor się nad nimi rozwodzi. „Hide*Out” to nie jest książka dla kilkuletnich dzieci, a momentami autor zdaje się o tym zapominał.

Cała Trylogia Outsiderów Eschbacha jest jego debiutem na gruncie popularnej ostatnio powieści młodzieżowej. „Hide*Out” niestety nie wnosi nic do gatunku. Jest do bólu schematyczny i przewidywalny, miejscami infantylny, a przede wszystkim przegadany i stereotypowy, a wszystkie te cechy objawiają się najmocniej w obowiązkowym trójkącie romansowym. Co więcej, w całej powieści niby dzieje się dużo, niby akcja galopuje, ale są to działania pozorowane. To wydmuszka. Jeślibyśmy zeszli na chwilę z obranej przez autora drogi, moglibyśmy oglądać kartonową scenografię. Szkoda, bo obecne w książce wątki i zjawiska – powrót do natury, sceptycyzm wobec techniki i nowoczesnych technologii, kwestia zbiorowego umysłu i sztucznej inteligencji, inwigilacji – nie są wcale błahe. Nie jest też trudno przedstawić je w interesujący sposób. Eschbach, choć styl pisania ma przezroczysty, językowo też wcale nie jest taki zły. Może to zasługa tłumacza i korekty, ale jego język bywa lepszy niż w przypadku niektórych rodzimych autorów. Sam koncept i intryga również głupie nie są. Zawodzi jednak egzekucja.

Ocena: 2/5

Dyskusja