Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Powiew świeżości – recenzja „Strażników Galaktyki”

Po nieco mrocznym drugim filmie o przygodach Steve’a Rogersa, czyli Kapitana Ameryki, przyszedł czas na kolejny obraz z kuźni Marvela. Padło na grupę dziwnych, a zarazem oryginalnych postaci, niekiedy określanych mianem „Avengersów z kosmosu”. Najemnik, który w dzieciństwie opuścił (oczywiście nie z własnej woli) Ziemię, adaptowana córka Thanosa, wojownik pragnący zemsty oraz dwójka niezbyt ogarniętych kompanów. Co ich połączy? Wspólna sprawa i… dobro.

Już od pierwszych kadrów historia oczaruje niejednego ponuraka. I piszę to z pełną odpowiedzialnością. W filmie Jamesa Gunna wszystko współgra ze sobą od początku do końca: postaci, historia i muzyka (o niej nieco później).

Wspominany wcześniej Ziemianin Peter Quill (Chris Pratt – zapamiętajcie nazwisko tego aktora, ponieważ coraz częściej będzie gościć na ekranach kin) na zlecenie Yondu Udonta (Michael Rooker) kradnie pewien artefakt. Jednak jest osoba, która jeszcze bardziej pragnie tego cudownego przedmiotu – niejaki Ronan (Lee Pace).

To kolejna postać, która chce za wszelką cenę zniszczyć świat. Po niewielkim incydencie, Quill trafia do więzienia, gdzie zawiera sojusz z gadającym szopem Rocketem (głos Bradleya Coopera), drzewo-podobnym osobnikiem Grootem (cudowny głosy Vina Diesela, którego tak krótkie kwestie bawią bez przerwy), tajemniczą Gamorą (Zoe Saldana) i wojownikiem Draxem Niszczycielem. Oto powstaje skład bardziej zwariowany, a zarazem tak bardzo oryginalny.

Miałem ogromne obawy co do samego filmu. Nie jestem fanem komiksowych postaci. Znam tylko „podstawowych” bohaterów z filmów animowanych z dzieciństwa czy właśnie z filmów pełnometrażowych. Czy historia spodoba się innych laikom, takim jak ja? Czy reżyser James Gunn podoła trudnemu zadaniu? Czy nie wyjdzie z tego zbyt marna kopia „Avengersów”? A jednak! Sam dziwię się, że to piszę: bardziej dałem się oczarować „Straniżkom…” niż na przykład „Avengersom”.

Muzyka jest ważnym czynnikiem w filmach. Szczególnie, kiedy chodzi o blockbuster, który ma przynieść znaczne większe dochody. Okazuje się, że postawienie na piosenki z lat siedemdziesiątych było strzałem w dziesiątkę.

Od Davida Bowie („Moonage Daydream”), przez Jackson 5 („I want you back”) i The Runaways („Cherry Bomb”). Wisienką na torcie jest na pewno Blue Swede i „Hooked on a Feeling”, który mogliście już wcześniej usłyszeć w zwiastunie produkcji. Ten utwór na długo pozostanie mi w głowie.

Jeżeli wciąż nie byliście w kinie, nie czekajcie na „ostatnią chwilę”. Naprawdę warto!
Adrian Warwas

Ocena: 4/5

Dyskusja