Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

You have failed this city! – recenzja serialu „Arrow”

Nazywa się Oliver Queen. Jest milionerem i playboyem zamieszkałym w Starling City. Nazywa się także The Arrow i jest strażnikiem obywatelskim swojego miasta. Ciężko nazwać go superbohaterem, wszak żadnych specjalnych mocy nie posiada. Postacią, na której go oparto jest Green Arrow, bohater z menu DC Comics. Zbliża się premiera 3 sezonu serialu, a więc warto przyjrzeć się, jak spisali się twórcy adaptacji komiksu w poprzednich seriach.

Odsłon komiksu było kilka, a jego początki sięgają lat 40. ubiegłego wieku. Założenia postaci są podobne, ale najbliżej naszemu ekranowemu bohaterowi jest do Olivera pojawiającego się w serii „Green Arrow” z 2011 roku. Z komiksów zaczerpnięto miejsca, imiona postaci, ich historię, lecz zmodyfikowano je na potrzeby serialu. W komiksach bohater zamieszkuje Star City, a nie Starling, zaś jego przyjaciele i wrogowie różnią się nieco.
Nie zmienia się najważniejsza rzecz – bohater nie został ugryziony przez pająka, nie pochodzi z kosmosu, a mimo to walczy z niesprawiedliwością w mieście i robi to całkiem dobrze.

Jego sekret tkwi w treningu odbytym na pozornie bezludnej wyspie, na którą trafił po katastrofie jachtu. Pozornie, bo na wyspie Lian Yu Oliver spotyka całkiem sporo postaci, które wpływają na jego dalsze losy i wykształcenie się jego alter ego, czyli The Arrow.

Arrow, nazywany początkowo The Hood, nie posiada żadnych paranormalnych zdolności. Jego atutem jest wyszkolenie w walce wręcz, bardzo wysoka sprawność fizyczna, inteligencja oraz oczywiście fenomenalne umiejętności łucznicze.

Akcja serialu skupia się na współczesnym życiu Olivera, gdy już funkcjonuje jako zamaskowany dobroczyńca, lecz pojawiają się liczne retrospekcje, wyjaśniające widzowi co stało się na wyspie Lian Yu, a tym samym ukazujące genezę bohaterskiego Arrow. Owe sceny trzymają w napięciu i są dawkowane powoli, aby rozbudzić ciekawość oglądającego.

Jak to bywa w DC Comics, bohater musi na co dzień stawiać czoła trudnościom wynikającym z jego podwójnej osobowości. W serialu starano się także zwrócić uwagę na wewnętrzne rozterki Olivera i jak najmocniej podkreślić jego trudność

w utrzymywaniu swojej działalności w sekrecie przed najbliższymi. Jest to dość realistyczne podejście, bo chyba każdy z nas może sobie wyobrazić, że zżerałaby go ogromna chęć wyjawienia sekretu rodzinie czy przyjaciołom.

Początkowo Arrow działa sam i jest motywowany ostatnimi słowami umierającego ojca. Zakapturzony bohater jest mścicielem próbującym naprawić błędy popełnione przez rodzica i jego współpracowników, które doprowadziły miasto do katastrofy. „You have failed this city!” – jeśli to słyszysz, prawdopodobnie zaraz zostaniesz przeszyty niechybiającą strzałą. I prawdopodobnie jesteś skorumpowanym politykiem lub biznesmenem zagrażającym Starling City.
Początkowo fabuła jest dość naiwna, bo opiera się na eliminowaniu złoczyńców z listy jeden po drugim. Każdy odcinek ma osobną historię,

lecz pojawiają się postacie i zdarzenia, które spajają cały sezon w jedną całość. W miarę oglądania dostrzega się coraz więcej powiązań i zależności. Możnaby się zastanawiać, czy twórcy nie przedobrzyli momentami z łączeniem postaci i wątków i nie robili tego zwyczajnie na siłę.

Sam Arrow czy też Oliver, ewoluuje z każdym kolejnym odcinkiem. Zaczyna zajmować się drobniejszymi przestępstwami, pomaga swoim przyjaciołom, a nie tylko wykreśla imiona z listy ojca. W końcu zaczyna zastanawiać się nad istotą swojej zemsty i nieco zmienia sposób działania.

W miarę postępowania historii Oliver zdradza swój sekret, celowo lub przypadkiem, niektórym postaciom. Czarne charaktery zwykle nie dożywają okazji wyjawienia go, a postacie pozytywne stają się pomocnikami Arrow. I tak Oliver wzbogaca swoją podziemną bazę, spotykając się tam ze swoim byłym ochroniarzem Johnem Diggle oraz wirtuozką informatyki Felicity Smoak.

Są to dosć barwne postacie, zawsze chętne do pomocy głównemu bohaterowi.
Wyzwaniem aktorskim były na pewno postacie antagonistów, którzy z początku mogli wydawać się kimś zupełnie innym. Twórcy serialu wpletli w fabułę kilku bohaterów, którzy zdawali się być neutralni lub byli tylko lekko podejrzani, by w finale okazać się prawdziwymi czarnymi charakterami. Jest to całkiem dobry zabieg, bo choć widzowi łatwo domyślić się, że ktoś coś knuje, to jest to znacznie ciekawsze niż gdyby intencje bohaterów były podane na tacy już od pierwszego odcinka.

Pojawiają się postacie, które ciężko zaliczyć do „dobrych” lub „złych”, na przykład Helena Bertinelli. Historie bohaterów starają się trzymać w napięciu i dawać widzowi wybór, czy dana postać ma słuszność czy nie.
Brak nadzwyczajnych umiejętności u Olivera sprawia,

że jego przeciwnicy są w większości zwykłymi ludźmi, co najwyżej dobrze uzbrojonymi i wyszkolonymi w walce. Ale mówimy o serialu fantasy, a nie akcji, dlatego pojawiają się też osobistości, można rzec, low fantasy, znacznie urozmaicające krucjatę Arrow, a jednocześnie nie przesadzone.

„Plusem dodatnim” jest także to, że postacie się rozwijają. Ktoś, kogo nie lubiło się na początku, pod koniec może stać się najlepszym bohaterem, zaś ulubieńcy pozostaną w cieniu. Trzeba przyznać, że oglądanie jest przez to ciekawsze i wzbudza emocje, czasem dość skrajne.

Nie samym strzelaniem żyje człowiek. Oliver Queen, oprócz bycia Arrow, ma także życie rodzinne i towarzyskie. Na co dzień musi zmagać się z dorastającą siostrą, chytrą matką, kapryśnym przyjacielem, a także jak każdy dobrze wyglądający milioner, z problemami sercowymi. Życie Olivera jako członka bogatej rodziny jest dość wiarygodnie przedstawione. Po powrocie z wyspy musi znaleźć sobie pracę, dbać o wizerunek i krewnych. Sceny związane z otwartym przez niego klubem lub z rodzinną firmą Queen Consolidated są przerywnikami dla wieczornych walk z gangami i politykami. Jednych będą one nudzić, a dla innych stanowić dobre tło.

Jak to w serialu, nie mogło zabraknąć wątków miłosnych. Wątków. Bo KAŻDY bohater musi mieć parę i związane z nią rozterki. Najtrudniej ma oczywiście Ollie zmagający się z ukrywaniem podwójnej osobowości. Wymienianie się partnerami i partnerkami poniekąd stanowi realistyczne tło, ale po pewnym czasie zaczyna trącić telenowelą. Twórcy włożyli między strzały za dużo zdradzania się, flirtowania, schodzenia, rozchodzenia, zawodów miłosnych i tak dalej. Co za dużo to niezdrowo.

Arrow nie jest postacią mocno fantastyczną, a Starling City jest zwykłym miastem, jakie mogłoby znaleźć się na mapie Stanów Zjednoczonych. Twórcy całkiem wiarygodnie oddali charakter miasta i przedstawili je spójnie. Boli tylko to, że oprócz wieżowca Queen Consolidated i

kilku kawiarni widzimy ciagle tylko dzielnicę Glades. Akcja skupia się wciąż na biednej dzielnicy, zamieszkałej w dużej części przez margines społeczeństwa, a jakże. Ma to sens, ale brakuje chociaż kilku odcinków czy scen, które rozgrywałyby się w centrum (miasto chyba powinno je mieć?) Starling.

Aktorzy w większości stanęli na wysokości zadania i poprawnie odegrali swoje role. Jednym poszło lepiej, innym gorzej, ale przeciętny widz nie powinien narzekać na jakość obsady. Mi osobiście Stephen Amell nie pasuje do roli Green Arrow, ale to już kwestia gustu. Na pochwałę zasługuje John Barrowman wcielający się w Malcolma Merlyna – zagrał na tyle przekonująco, że nie przypominał na każdym kroku Jacka Harknessa z „Doctora Who” (komuś, kto nie jest zapalonym Whovianinem).

Ponarzekać można jak zwykle na szczegóły, które nie są co prawda istotą filmów i seriali fantasy, ale potrafią irytować. Twórcy najwyraźniej nigdy nie jechali motocyklem i nie wiedzą, ile much i innego paskudztwa zbiera się na szybce kasku i dlatego pozwolili Arrow śmigać na Ducati w kapturze (którego nie zwiewa pęd!). Takich szczegółów można dopatrywać się w niemal każdej wpółczesnej produkcji i bardziej dociekliwi na pewno będą ich wypatrywać, ale nie ma sensu się nad nimi rozwodzić.

Podsumowując, „Arrow” to całkiem dobry serial. Nie jest genialny, nie jest fantastyczny, nie jest najlepszym, jaki można było ostatnimi czasy oglądać. Ale ja z zapałem śledziłam losy Olivera, jedząc obiad czy sprzątając. Seriale to zapychacze czasu, a „Arrow” jest zapychaczem czasu na dobrym poziomie. Jeśli nie jest się prawdziwym koneserem kina i telewizji ani zwykłym marudą, na pewno polubi się historię współczesnego łucznika przeniesioną na ekran.

Jeśli ktoś woli ocenę liczbową: 7/10.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja