Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Hotel bez klamek – recenzja „9 Clues: The Ward”

Mówi się, że sequele najczęściej są kiepskie. Nie przychylę się do tej teorii, przynajmniej w kwestii gier komputerowych. Wszystko za sprawą Artifex Mundi, które ku mojej uciesze wciąż się rozwija. Pomogłam detektyw Helen rozwiązać tajemnicę Serpent Creek, ale jak na agentkę przystało, bohaterka nie może narzekać na nudę i otrzymała kolejne zlenienie. Tym razem przyjdzie nam odowiedzić miejsce bardzo klimatyczne i aż proszące się o bycie tłem gry przygodowej – szpital psychiatryczny!

Obrazek

W grze kierujemy poczynaniami młodej pani detektyw Helen. Przez większość czasu jesteśmy sami, ale często towarzyszy nam nasz partner Owen. Obie postacie pojawiły się już w poprzedniej części gry – „The Secret of Serpent Creek”.

Kontynuacja opowieści odbywa się w zupełnie innej scenerii. Sprawa wężowego miasteczka jest już zamknięta, a bohaterowie otrzymują tajemniczy telefon rozpoczynający nowe śledztwo. Wskazówki prowadzą do bram znajdującego się na odległej wyspie szpitala psychiatrycznego „Mnemosyne”.

Początek przygody jest jak zwykle dosyć tajemniczy. Pojawia się wiele pytań, na które będziemy musieli znaleźć odpowiedź podczas rozgrywki. Fabuła opiera się na poszukiwaniach psychopatycznego mordercy, sprawcy śmierci między innymi małej dziewczyki Ginger oraz miejscowego lekarza. Podobnie jak w poprzednich grach Artifex Mundi, także tutaj nie zabrakło elementów fantastycznych. W murach przyprawiającego o ciarki szpitala poznajemy tajniki sztuki halucynacji, lecz i sami padamy ich ofiarą. Motywy fantastyczne dodają grozy i nie są zbyt natrętne, nie stanowią też głównego wątku. Magicznym motywem przewijającym się w grze jest drewniana figurka stracha na wróble – motyw oklepany, acz kojarzony bardziej z filmem grozy, niż agroturystyką, co dodaje przygodzie tajemniczości.

To nie strachy, a ludzie będą pomagać w rozwiązywaniu zagadki mordercy. Napotkane postacie zdają się mieć niejasne intencje. Odruchowo nie ufamy nikomu, kogo napotkamy na swojej drodze. Jedynym oparciem jest dla nas Owen, lecz on, na nieszczęście, potrafi głównie wydawać rozkazy, a sam nie robi zadnych postępów w śledztwie.

Obrazek

Tak jak w „Serpent Creek” śledztwo urozmaica nam korzystanie z trybu detektywa. Widzimy scenę zbrodni i musimy odnaleźć wskazówki odnośnie tego, co zaszło. Poprzednio wystarczyło kliknąć wszystkie podejrzane elementy i historia układała się sama. W „The Ward” dodano kolejny etap, nieco urzeczywistniający proces, gdyż musimy pomóc naszej postaci w główkowaniu. Po wskazaniu elementów należy ułożyć je w odpowiedniej kolejności i dopiero po tym pojawia się scenka z odtworzeniem historii.

Obrazek

Nie zabrakło oczywiście dobrze znanych zagadek logicznych i szukania elementów. W tej kwestii też pojawia się mała nowość, a mianowicie możliwość zagrania w mahjonga zamiast szukania elementów z listy. Jeśli więc jakimś cudem graczowi nie podoba się sztandarowa mini-gra gatunku HOPA, może skorzystać z alternatywy.

Obrazek

Pozostałe łamigłówki są dość różnorodne, choć można było zobaczyć podobne w innych grach tego wydawnictwa. Mimo powtarzalności dostarczają sporo frajdy, szczególnie jeśli nie grało się we wcześniejsze tytuły Artifexa. Dla mniej cierpliwych graczy wciąż istnieje możliwość pominięcia zagadki, jeśli sprawia ona za dużo trudności. Wytrwali zostają pod koniec gry nagrodzeni osiagnięciem za nie skorzystanie z podpowiedzi.

Kolejnym elementem charakterystycznym dla gier Artifex Mundi jest dodatkowe szukanie elementów umieszczonych na planszach lokacji. W „The Ward” kolekcjonujemy znaki zapytania oraz przedmioty będące efektem halucynacji – podobne do iluzorycznych elementów w „Mgłach Ravenwood”. Z mini-grami śledztwo nigdy nie będzie nudne, a nasze oczy nie zaznają spokoju.

Cała opowieść została jak zwykle oprawiona w szczegółową i klimatyczną grafikę. Rysownicy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania projektując lokacje złowrogie, ale jednocześnie magiczne. Szpital przywita graczy zniszczonymi ścianami i meblami pełnymi sprzętu medycznego. Trzeba przyznać, że groteska tego miejsca momentami przywodzi na myśl kultowego „Bioshocka” czy gry postapokaliptyczne. Nic na wyrost, to tylko luźne skojarzenie.

Mankamentem jest to, że czasem styl pierwszego i drugiego planu różni się od siebie i zamiast oddawać głębię ostrości sprawia wrażenie nałożenia na siebie dwóch różnych rysunków. Także postacie są gdzieniegdzie źle wpasowane w tło, głównie przez słabo oddane różnice oświetlenia.

Obrazek

Piętą achillesową Artifex Mundi jest niezdecydowanie odnośnie stylu przerywników filmowych. W „The Ward” studio postawiło na rozwijanie animacji 2D i chwała mu za to. Mimika postaci wciąż nie jest doskonała, ale wyraźnie się poprawiła. „Płaskie” animacje oddają rysunkowy klimat gry, szczególnie że są zwykle krótkimi przerywnikami w samej rozgrywce.

Oprócz mimiki poprawia się także dubbing postaci. Poszczególni bohaterowie lepiej oddają emocje, a także mają różne akcenty.

Nic nie zmieniło się natomiast w kwestii muzyki. Wciąż jest ona bardzo klimatycznym dodatkiem na wysokim poziomie. Nie zapada w pamięć, ale stanowi doskonałe tło dla tajemniczej przygody, którą przeżywamy.

Obrazek

Słowem podsumowania – Artifex Mundi to studio, które wciąż się rozwija. Pod ich znakiem wydano liczne gry HOPA, a więc zrozumiałym jest nieunikniony brak pomysłów, który przejawia się choćby w powtarzających się zagadkach. Mimo to studio wciąż zachwyca graczy nowymi historiami i zajmuje ich umysły łamigłówkami. Warto przysiąść choć raz nad jedną z ich gier – czy to „The Ward” czy inną, która nas interesuje. To naprawdę miła odmiana od tych „głupich gier”, do których próbuje zniechęcić nas babcia. A właśnie „The Ward” dowodzi, że studio nie porzuciło swojego okrętu i wciąż doskonali swoje dzieła. Mimo mankamentów w grafice czy interfejsie, wycieczka po szpitalu Mnemosyne będzie wciągającą rozgrywką na jesienny wieczór.

Dyskusja