Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Opowieść grozy klasy A – recenzja „Severed. Pożeracz Marzeń”

Opowieści grozy, jak historie z każdego gatunku literatury, prezentują różny poziom. Często są to niewymagające opowieści gore, gdzie krew i wnętrzności wylewają się całymi wiadrami z każdej strony. Czasami jednak zdarzają się prawdziwe perełki, które są w stanie coś zaoferować czytelnikowi, a także wymagają czegoś od niego. Taką właśnie perełką jest „Severed. Pożeracz Marzeń” wydany przez wydawnictwo Mucha Comics. Dlaczego?

Szukając odpowiedzi na to pytanie trzeba poddać komiks analizie zaczynając ją od strony scenariusza autorstwa duetu Scott Snyder oraz Scott Tuft. Aby to uczynić przenieśmy się do roku 1916, gdzie rozgrywa się zasadnicza część tej historii. Młode i uzdolnione dzieci giną w niewyjaśnionych okolicznościach…a nie, jednak w całkiem wyjaśnionych, bo tytułowego Pożeracza Marzeń poznajemy już na pierwszych stronach. Jego uwagę przykuł dwunastoletni chłopak Jack Garron. Główny bohater opowieści jest uzdolniony muzycznie, ale jego prawdziwym celem stało się odnalezienie ojca, również muzyka. W tym celu Jack ucieka z domu i przemierza amerykański kontynent. Nie wie jednak, że tak naprawdę to on jest celem czyichś poszukiwań.

Jak widać historia skonstruowana jest w sposób prosty, ale i genialny w swojej prostocie: ofiara i prześladowca, drapieżnik i jego zdobycz. Mimo tego nie otrzymujemy wcale zwyczajnej opowieści spod znaku gore, ale fabułę zdecydowanie bardziej skomplikowaną i wielowątkową. Chyba nie trzeba nadmieniać, że komiks oferuje nam wiele nagłych zwrotów akcji i nieoczekiwanych obrotów sytuacji. Atmosferę niebezpieczeństwa i zagrożenia czuć na tyle intensywnie, jakby wylewała się ona dosłownie z każdej stronicy tego albumu. Nic dziwnego, że obaj scenarzyści odznaczani byli wieloma nagrodami za ich pracę (w tym nagrodę Eisnera i Harveya).

Ale omawiając „Severed” nie można ominąć strony wizualnej. Bo i ona zasługuje na uwagę czytelnika. Rysunki Attila Futaki przy współpracy z kolorystami Gregiem Guilhaumondem i Billem Nelsonem, to prawdziwe arcydzieła. Ilustracje stworzone zostały za pomocą delikatnego cienkiego konturowania tuszem, a wypełniające je barwy są stonowane i przygaszone. Taki sposób ekspozycji sprawia, że nie tylko doświadczamy atmosfery pierwszej połowy XX wieku w USA (nie do końca czystą, pełną smogu i pyłu rzeczywistość pełną fabryk i przemysłowych budynków), ale także czujemy pewną metaforykę. Stonowane barwy i dobór ciemnych tonacji sprawiają, że oglądając każdą stronę czujemy „że coś jest nie tak”. Że dosłownie coś wisi w powietrzu.

Im dalej zagłębiamy się w akcję komiksu, tym wyraźniej wyczuwalna jest atmosfera strachu i napięcia, a rysunki z każdą stroną podkreślają to coraz bardziej. Pojawia się więcej i więcej niepokojących cieni, a kolejne kompozycje poszczególnych obrazków zaczynają być monochromatyczne – głównie w odcieniach brązów i szarości. Taki dobór barw nie tylko podkreśla, ale i potęguje aurę napięcia.

Do jednej z najlepiej i zarazem najciekawszych scen – i tu chyba nie będzie przesadnym zdradzaniem fabuły (bo tego jeszcze można się domyśleć) – jest ujawienie prawdziwego oblicza głównego antagonisty już pod koniec pierwszego rozdziału. Tytułowemu Pożeraczowi Marzeń autor poświęcił, aż całą stronę. Z pozoru wychudły mężczyzna, z wydętym brzuchem, mógłby wydawać się zupełnie niegroźny, gdyby nie jego twarz: oczy zdradzające furię graniczącą z obłędem i rozdziawione już nie usta, a paszcza pełna rekinich zębów.

Analogiczną scenę poświęcono głównemu, pozytywnemu bohaterowi tej opowieści. Jack Garron w scenie finalnej

również otrzymał cała stronę. Widać doskonale metamorfozę, jaką przeszła ta postać: od goniącego za marzeniami dzieciaka, po zdeterminowaną chęcią przetrwania zwierzynę, gotową walczyć zaciekle o własne życie. W tym kadrze widać stężałą w napięciu twarz Jacka, która przypomina bardziej kamienną maskę. Mimo bólu jest gotowy by ostatecznie rozprawić się z prześladowcą.

Jak widać na powyższych przykładach, komiks jest brutalny. I to obfituje w naprawdę całkiem sporą ilość przemocy. Ale nie jest to bezmyślna sieczka, jaką oferują inne amerykańskie komiksy. Ta dawka przemocy jest tak niepokojąca, bo jest realna.

Trudno spodziewać się po „Pożeraczu Marzeń” happy endu i faktycznie takiego nie otrzymamy. Nie dyskredytuje to jednak tego komiksu, jako pozycji dobrej, a nawet bardzo dobrej. Można wręcz śmiało stwierdzić, że album ten wyróżnia się wybitnie nie tylko na tle opowieści obrazkowych, ale i wśród innych opowieści – czy to filmowych, czy literackich – ze swojego gatunku.

Dyskusja