Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Para się kończy – recenzja „Para w ruch”

W przypadku Terry’ego Pratchetta, fani jego twórczości z każdą kolejną książką zaczynają się głowić: „Ile jeszcze da radę?”. Od dłuższego już czasu wiadomo, że pisarz jest bardzo chory na pewną odmianę Alzheimera, a co poniektórzy na siłę dopatrują się jej oznak w jego powieściach. Czy znajdą się takowe w najnowszej części cyklu o Świecie Dysku, tak upodobanego przez czytelników? Przyjrzyjmy się bliżej „Parze w ruch”.

Świat Dysku, płaska ziemia spoczywająca na czterech słoniach (dla odmiany stojących na żółwiu), jest pełen nonsensów i abstrakcji oraz surrealistycznego humoru. Nic też dziwnego, że raz po raz odbicia i przeinaczenia z naszego świata trafiają i tu. Mieliśmy już szaleństwo kina („Ruchome Obrazki”), szał muzyki rockowej, a raczej „wykrokowej” („Muzyka Duszy”), a nawet usprawnienie działania poczty („Piekło Pocztowe”). Do rąk ludzi, krasnoludów i trolli wpadły także takie wynalazki jak Hex, który może być odpowiednikiem komputera, a w kilku ostatnich książkach niemal wszyscy korzystają z sekarów, czyli wynalazku łudząco przypominającego telegraf. Tym razem przyszedł czas, jak sama nazwa wskazuje, na jakżeby inaczej: maszyny parowe, czyli lokomotywy.
I tak oto, dzięki wynalazkowi młodego chłopaka imieniem Dick Simnel, Dysk doczekał się kolejnego wynalazku – Drogi Żelaznej. Czyli jak zwykle – nowy wynalazek nie tyle rewolucjonizuje, ale po prostu wywraca do góry nogami życie mieszkańców.

Zwykle fabuła była budowana stopniowo, układając elementy budujące historię w jedną spójną całość. Tu zabieg ten udał się tylko połowicznie. Fabuła i owszem budowana jest stopniowo, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w miejscu, gdzie miał nastąpić finał, wspaniałe zwieńczenie książki, to po prostu…książka się kończy. Wydaje się, że czegoś zabrakło – uczucie niedosytu jest bowiem zbyt duże.

To nie jedyna rzecz, która może zrazić miłośników twórczości Pratchetta. W jego książkach zazwyczaj poruszany jest jakiś konkretny problem. W ostatnich dwóch („Niewidzialni Akademicy”, „Niuch”) było to zagadnienie tolerancji rasowej. Uznane za inteligentne rasy płaskiej ziemi (głównie: ludzie, krasnoludy i trolle) dopiero niedawno zaczęły akceptować obecność goblinów jako kolejnej inteligentnej rasy. W najnowszej powieści, gobliny okazują się dosłownie geniuszami i to w każdej dziedzinie. Mają dryg do sekarów, a także do maszyn parowych. Praktycznie wszystko, czego się dotkną, dzięki wprowadzaniu przez nich innowacji, zaczyna działać lepiej i szybciej. Taka gloryfikacja jest co najmniej przesadna.

To jednak nie wszystko. Jak większość książek Świata Dysku i ta wchodzi w skład jednego z wewnętrznych podcykli. W tym wypadku chodzi o przygody Moista von Lipwiga (trzecia po „Piekle Pocztowym” i „Świecie finansjery”). I w zasadzie to by było na tyle. O bohaterze można powiedzieć tylko tyle, że w zasadzie „jest”. Nic ponadto. Książka mogłaby się równie dobrze odbyć i bez tej postaci. Oczywiście została wprowadzona z jakiegoś zamysłu: by pyszałkowaty bohater podjął z pozoru niewykonalne wyzwanie i mu podołał, ale nic ponadto. W przeciwieństwie do poprzednich części jego przygód, tu nie obserwujemy czegokolwiek, co wpływałoby na rozwój wewnętrzny. Bo na dobrą sprawę Moist nie może się już bardziej zmienić: ma sporo na sumieniu, był drobnym przestępcą i oszustem, ale przeszedł na stronę dobra . Teraz to porządny obywatel, który zrewolucjonizował różnego rodzaju instytucje w Ankh-Morpork, by przysłużyć się temu miastu.

Co jeszcze pozostało? Humor? Tak owszem jest. Zawsze był i będzie. Może trochę już zmęczony, może już nieco na siłę, czy odgrzewany. Ale dalej jest, bo był zawsze obecny, więc i teraz musi. Oczywiście oprócz dowcipu, są także i głębsze, przemyślenia, skłaniające do refleksji. Tych drugich ostatnio jest jakby więcej.

Gdyby to nie Terry Pratchett widniał jako autor „Pary w ruch”, ale jakiś inny mniej znany autor, książka byłaby zwyczajnie dobra. Nie sposób jej jednak nie porównywać do poprzednich tomów tego cyklu, dlatego tak wszelkie uchybienia, tak mogą drażnić wiernych fanów serii.

Czy wspomniane minusy tej konkretnej pozycji, pojawiły się na skutek choroby? Czy to, że najnowsza powieść wypada słabiej na tle poprzednich, także trzeba zrzucać na karb dolegliwości? A może po prostu, jak u innych poczytnych autorów, raz jest lepiej, raz jest gorzej? Może nie powinniśmy wszędzie doszukiwać się odbić choroby dręczącej naszego ulubionego pisarza. Pozostaje mieć nadzieje, że mimo słabszej „Pary w ruch”, Terry Pratchett nie powiedział jeszcze ostatniego słowa o Świecie Dysku. No bo chyba nikt tak naprawdę, nie chce się rozstawać z cyklem, który bawi nas już od ponad dwudziestu lat.

Ocena: 3/5

Dyskusja