Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Znowu ktoś znika – recenzja filmu „Zaginiona dziewczyna”

Tematyka zaginięć pojawiała się już wiele razy. Ginęła córka, potem ojciec z matką. Liama Neesona raz nawet próbowali wrobić w porwanie samolotu. Temat pozornie przewałkowany dziesiątki razy. Jednak tym razem za ten typ thrillera zabrał się David Fincher…

Najpierw widzimy szczęśliwe małżeństwo. Nowy Jork, oboje są pisarzami. Amy (Rosamund Pike) jest autorką książek dla dzieci, a Nick (Ben Affleck)

publikuje swoje teksty na łamach jednej z gazet dla mężczyzn. Kiedy u jego matki zdiagnozowany zostaje nowotwór, para przeprowadza się do Missouri, gdzie ma już zostać na stałe. W dzień piątej rocznicy ich małżeństwa Amy znika w niepokojących okolicznościach. Dopiero, gdy śledztwo nabiera rumieńców, zaczynamy dowiadywać się więcej szczegółów na temat tego pozornie doskonałego związku.

Jeżeli spojrzeć na ogólny zarys fabuły, to nie powinien to być widowiskowy, skomplikowany film. Tymczasem Fincher odnajduje tu dla siebie jedno, wielkie pole do popisu.

Prawdziwy geniusz reżyserski widać w momencie, kiedy dowiadujemy się prawdy o większości wydarzeń. Dopiero wtedy film zaczyna się na poważnie. Dwutorowa narracja została skrupulatnie przemyślana. Tak prosty zabieg zupełnie odmienia spojrzenie widza na całość akcji. Druga perspektywa odkrywa przed widzem zupełnie nowe karty.

A wszystko to jest świetnie zagrane. Były kontrowersje w związku z wyborem Bena Afflecka na nowego Batmana, ale ten zdaje się odpowiadać na

wątpliwości fanów swoimi aktorskimi poczynaniami. Bez zarzutu. Z kolei Rosamund Pike może spodziewać się nominacji do Oscara. Mimo że na początku szybko znika, odgrywa znaczącą rolę w całej produkcji, a jej umiejętności aktorskie sprawiły, że aktorka doskonale uniosła ciężar swojej roli.

Jest humor, jest świetna muzyka i znane nam z poprzednich filmów Finchera doskonałe dawkowanie napięcia. Zupełnie nie czuć też upływającego czasu. Bardzo często dwie i pół godziny spędzone w kinie wydają się wiecznością, jednak w trakcie tego seansu traci się poczucie upływającego czasu.

Bez wątpienia

mamy do czynienia z kolejną bardzo dobrą produkcją tego reżysera. Brakuje tylko tego „czegoś”. Ciężko dokładnie stwierdzić, o co może chodzić. Po prostu po Fincherze można było spodziewać się jeszcze więcej. Przyjemnie patrzy się jednak jak reżyser zupełnie odmienia pozornie prosty scenariusz. David zasłużył sobie na Oscara. Jeżeli nie za „Zodiaka”, to właśnie za „Zaginioną dziewczynę”.

Ocena: 4/5

Dyskusja