Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kołczan pełen patosu – obawy i nadzieje dotyczące serialu „Arrow” – recenzja filmu „Arrow”

(na podstawie odcinków 1-3 3 sezonu)

Wszyscy fani komiksów wiedzą, czym różni się styl Marvela od DC. Kto widział choć kilka filmów (bo akurat tu nie będziemy mówić o komiksach) rozumie, na czym polega różnica między dowcipnym szopem uzbrojonym w ciężką broń a cierpiętniczym Mrocznym Rycerzem. Pytanie brzmi, w którym momencie ta wyrazistość każdego ze studiów przekroczy pewne granice i zacznie być męcząca? „Arrow” chyba próbuje dać nam odpowiedź.

Nazywa się Oliver Queen. Po pięciu latach osamotnienia na piekielnej wyspie ma jeden cel – ocalić rodzinne miasto. Dla większości mieszkańców powrócił jako nieco odmieniony Ollie. Tylko nieliczni, którym zaufał, wiedzą, że jego prawdziwą twarzą jest bezwzględny Arrow.

Pierwszy odcinek podsumowuje kilka wątków z poprzedniego sezonu.

W oczy rzuca się odmieniona postawa detektywa Lance’a wobec zamaskowanego mściciela. John Diggle zdaje się zaczynać nowe życie i trudno stwierdzić, jak potoczy się jego dalsza współpraca z Oliverem.

I z dobrych lub neutralnych nowin to by było na tyle. Następne sceny odcinka rozpoczynają nowe wątki, z których właściwie każdy zapowiada się nieciekawie – nie dla widzów, a dla postaci. Na scenę wchodzą kochane przez DC dylematy moralne, ból po utracie bliskich, a wszystko to w takiej oprawie, jakby właśnie ważyły się losy świata.

To, co mieliśmy już w poprzednich sezonach, a co mamy i w trzecim, to kładzenie nacisku na trud Olivera związany z ukrywaniem swojej podwójnej tożsamości. Biedny chłopak musi zarówno gonić złoczyńców w masce na twarzy, jak i zajmować się pracą i bliskimi przywdziawszy garnitur. Nie zabrakło wątku miłosnego, z początku dość rozczarowującego. W poprzednich sezonach można było mieć nadzieję, że choć jedna postać z otoczenia protagonisty nie zostanie „skażona” wątkiem miłosnym. Niestety okazuje się, że każda ważniejsza bohaterka od razu zakochuje się w umięśnionym łuczniku.

Po rozprawieniu się ze zgnilizną trawiącą firmę Queen Consolidated – czyli czarnymi charakterami znanymi z sezonu drugiego – Oliver musi poświęcać pracy więcej uwagi. W przekonaniu zarządu do jego osoby pomaga Felicity, jednak zadanie okazuje się trudne. Z cienia wychodzi bowiem nowy przeciwnik biznesowy. Ray jest intrygujący i jego rola zapowiada się ciekawie. Od początku wiemy, że będzie miał na pieńku z Oliverem, ale mimo wszystko nie odziera go to z tajemniczości.

Fabuła zdaje się kierować nie ku walce z przestępcami, a ku problemom rodziny i przyjaciół, powiązanym jednocześnie z ukrytą tożsamością Olivera. W poprzednim sezonie odeszła Thea i odnalezienie jej jest dla bohaterów ważniejsze, niż ściganie handlarzy narkotykami. Morderca uderza tym razem w kogoś bliskiego bohaterowi, nadając pościgowi charakter prywatnej zemsty.

I jakże trudna jest walka z własnym cieniem. Arrow zostaje postawiony naprzeciw innemu łucznikomi – lub łucznikom? Nie tylko musi dowieść, że jest sprytniejszy od antagonisty, ale że pokona go w tej samej dziedzinie.
Plusem nowych historii jest to, że bohaterowie wreszcie urywają się ze Star City (nawiasem mówiąc, we wcześniejszych sezonach nie używano tej nazwy pochodzącej z komiksów). Nowe miejsca znacznie odświeżają fabułę, która poprzednio wytarła Starling w tę i we w tę.

W poprzednich sezonach twórcy serwowali nam ciekawe retrospekcje z pobytu Olivera na Lian Yu. Niestety przygoda na wyspie dobiegła końca, ale okazuje się, że przeszłość bohatera była dużo barwniejsza, niż wcześniej zapewniał. W sezonie trzecim otrzymujemy wspomnienia z pobytu w Hong Kongu pod skrzydłami – a raczej w klatce – agentki Amandy Waller. Retrospekcje znów rozbudzają ciekawość widza i zachęcają do dalszego oglądania. Nie brakuje w nich dramatyzmu i dziwnych zwrotów akcji.

Arrow wreszcie nauczył się, że nawet superbohaterowie powinni zakładać kask do jazdy na motocyklu. Choć było to raczej spowodowane koniecznością zatrudnienia kaskaderów, niż zdrowym rozsądkiem. Motywy motocyklowe zdecydowanie podobają się twórcom, bo w tym sezonie nawet czarny charakter został posadzony na dwóch kółkach. Mało tego, oprócz brawurowych pościgów bohaterowie odbywają istne pojedynki na stawanie na kole i palenie gumy. Na pewno efektowne, choć nielogiczne.

W kwestii efekciarstwa nie zawodzi także Felicity. Jej metody wyszukiwania przestępców są godne CSI. Jednak zabierając się za serial o bohaterze w masce musimy być gotowi przymrużyć oko na wiele rzeczy. Efekciarskie sceny robiły na mnie lepsze wrażenie, niż te dramatyczne.

„I don’t have the luxury of falling to pieces” – to słowa samego Olivera. I faktycznie, bohater zawsze zachowuje kamienną twarz, co skutecznie ukrywa jego umiejętności aktorskie. A może właśnie eksponuje?

„Arrow” to ani bajka z dużą ilością walki i wybuchów, ani dramat psychologiczny. Teoretycznie powinien zarobić duży plus za wyważenie tych dwóch, ale naprawdę trudno mu go przyznać. Twórcy chyba postanowili być poważni, a w efekcie może udać im się zanudzić widzów zasypując ich scenami ociekającymi tragizmem. Odczucia z oglądania pierwszych odcinków nowego sezonu to wielka sinusoida, bo najpierw trafiamy na ciekawy zwrot akcji, by po chwili utonąć we łzach bohaterów użalających się nad strasznym losem, jaki zgotował im scenarzysta. Od początku uważałam „Arrow” za serial średniej klasy, dobry do obejrzenia jako zapychacz czasu, ale okazuje się dostarczać coraz mniej rozrywki, a więcej frustracji.

Na razie otworzyło się kilka nowych wątków i pewnie przez jakiś czas będę je śledzić, ale jak długo – o tym zadecyduje poziom zmęczenia wszechobecnym dramatyzmem. Warto dodać, że ruszył już spin-off o Flashu, o czym przypominają bohaterowie „Arrow” przebąkujący, iż Barry wybudził się już ze śpiączki. Może twórcy zaniedbają łucznika kosztem nowego bohatera…?

Ocena: 2.5/5

Dyskusja