Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Strzał w… kolano – recenzja filmu „Niezniszczalni 3”

Nie ukrywam, że miałem ogromne oczekiwania względem trzeciej części. Po świetnej „jedynce” i całkiem dobrej (pod względem także humoru i dialogów) „dwójce”, przyszedł czas na epizod numer trzy. Jest Ford, Gibson, Snipes, Banderas. Jest też niesmak po seansie. No, ale po kolei.

Barney Ross (Sylvester Stallone) i Lee Christmas (Jason Statham) wraz z zespołem

wykonują kolejne zadanie – muszą zlikwidować Victora Millsa. Okazuje się jednak, że pod tym nazwiskiem kryje się Conrad Stonebanks (Mel Gibson), jeden z założycieli Niezniszczalnych. Niegdyś Barney próbował go zabić, a teraz mężczyzna powraca, żądny zemsty na dawnych kolegach. Nie chcąc ryzykować życia przyjaciół, Barney powołuje nową ekipę, złożoną z młodych zawodowców bardziej doświadczonych pod względem nowoczesnych technik walk i technologii. Jednak nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wygląda na łatwe, takie jest.

Jeszcze przed produkcją trzeciej części po sieci krążyła giełda nazwisk. Wciąż obstawiano, że w kolejnej części jednak pojawi się Steven Seagal

(dotychczas aktor za każdym razem odmawiał). Wiadomość o wyrzuceniu Bruce’a Willisa z obsady zelektryzowała niejednego fana, jednak chciwość ma swoje granice (aktor podobno zażądał dodatkowego miliona za dzień zdjęciowy).

Co do aktorów, którzy ostatecznie w filmie zagrali… Postać Galgo, kreowana przez Antonio Banderasa jest nad wyraz denerwująca. Rozumiem, że w każdej ekipie musi być gaduła i lekko gapowaty zawodnik. Jednak chapeau bas dla samego aktora za zagranie takiej postaci. Harrison Ford świetnie się odnalazł w filmie. Aktor jako agent Max Drummer bawi się konwencją. Podobnie, jak Wesley Snipes jako Doc – dawny członek ekipy, dodaje nieco polotu i humoru.

Jeżeli jesteśmy przy obsadzie, warto wspomnieć o „młodszej wersji Niezniszczalnych”. Ich powołanie do drużyny jest nijakie. Jeżeli od samego początku mieli być tylko tłem, to w porządku. Tak to właśnie wygląda – Thorn, Mars, Luna, jak i Smilee – każdy z osobna ma kilka swoich scen z bronią. Rażące jest jednak obsadzenie Kellana Lutza (i nie, nie chodzi tylko o jego udział w sadze „Zmierzch”), który nijak ma się do roli twardziela. Po „Immortals”, „Java Heat” czy „Legendzie Herkulesa”

widzę tę samą mimikę twarzy. Jest to bez wątpienia najsłabsze ogniwo…

W obrazie zabrakło mi zabawnych scen i dialogów takich jak w „Niezniszczalnych 2”. Natomiast sceny walk zostały ograniczone do minimum – krwistości i brutalności ze świecą szukać. Wszystko zostało zredukowane za sprawą obniżenia kategorii wiekowej filmu. Elementy CGI zrażą niejednego widza – i nie chodzi mi tylko o scenę wysadzenia budynku.

Mamy dużo strzelania, gadania i mocno denerwujących postaci. Oby nadchodząca „czwórka” (o ile powstanie) powróciła na poprawne tory bez przekombinowanego scenariusza i kategorii PG-13.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja