Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Złodziejskie przygody – recenzja „Republiki złodziei”

W końcu doczekaliśmy się trzeciej części cyklu o Niecnych Dżentelmenach. Po dwóch wspaniałych częściach ciężar czytelniczych oczekiwań z pewnością nie ułatwiał pracy Lynchowi. „Kłamstwa Locke’a Lamory” były fantastyczne, następujące po nich „Na szkarłatnych morzach” wcale im nie ustępowały, mało tego – pod pewnymi względami były jeszcze ciekawsze.

Lynch kazał nam czekać dość długo na kolejną część, co sprawiło, że wielu czytelników przebierało nogami ze zniecierpliwienia. Niepokoju u fanów nie zmniejszał wcale sam autor dość otwarcie pisząc o tym, że proces pisania „Republiki Złodziei” był dla niego bardzo trudny. Zmagał się w tym czasie z niemocą pisarską oraz wieloma osobistymi trudnościami, które pod sporym znakiem zapytania stawiały nie tylko kwestię tego, czy książka będzie dobra, ale nawet, czy w ogóle się ukaże. Koniec końców kolejny tom został wydany. Czy było warto czekać taki szmat czasu?

Należy od razu nadmienić, że „Republika…” to trochę inna bestia niż dwie poprzednie części. Nadal śledzimy przygody Locke’a Lamory i Jean’a Tannena, książka jest pełna sprytnych sztuczek i manewrów, dokładnie tak jak dwa poprzednie tomy, jednak ciężar powieści jest inaczej rozłożony. W moim odczuciu to bardzo dobry zabieg. Zdecydowanie niekorzystnie dla serii byłoby, gdyby Locke i Jean utknęli w schemacie wytyczonym w dwóch pierwszych częściach. Jestem jednak świadom, że części fanów serii może nie być zadowolona ze zmiany zaproponowanej przez Lyncha. Bardzo dobrym zagraniem ze strony Lyncha było wplecenie większych fragmentów, będących retrospekcjami sięgającymi młodości Niecnych Dżentelmenów. Taka konstrukcja pozwoliła na wskrzeszenie uwielbianych przez wielu postaci, których żywot zakończył się przedwcześnie już w pierwszej odsłonie, mowa tu oczywiście o braciach Sansa, czyli bliźniakach Calo i Galdo.

Główną różnicą między „Republiką…”, a pozostałymi odsłonami jest to, że w dużo mniejszym stopniu jest ona zamkniętą historią –większy nacisk został położony na ukazanie przeszłości Locke’a (włączając w to dość zaskakujące zwrot akcji związany z jego prawdziwym imieniem) oraz przygotowanie gruntu pod kolejne tomy. „Republika…” jest pełna nowych postaci, jest też wiele powrotów i nawiązań do postaci już znanych. Dostajemy też dużo szersze spojrzenie na aspekt społeczny i polityczny świata wykreowanego przez Lyncha, jednak przede wszystkim mamy okazję dłużej cieszyć się obecnością ukochanej Lockeya, czyli tajemniczej Sabethy.

Postać Sabethy staje się sercem i duszą „Republiki…”, jest bogata i głęboka. Z całą pewnością jest wyśmienitym przeciwnikiem dla Locke’a. W dwóch poprzednich tomach Lynch rozbudził wyobraźnię czytelników i sprawił, że nie można było wręcz doczekać się poznania Sabethy. Przed autorem stało nie lada wyzwanie, musiał sprawić, żebyśmy zrozumieli, skąd bierze się siła uczucia Locke’a do Sabethy, żebyśmy zrozumieli całą głębię emocjonalną ich związku, oraz to, czemu postanowiła zostawić Niecnych Dżentelmenów. Lynch całkiem zgrabnie wybrnął z tego zadania. Chociaż zwroty akcji w głównym wątku nie są tak zawrotne, a intrygi aż tak intrygujące, to jednak autor nie zostawia nas z pustymi rękami. W zamian dostajemy wspaniałe dialogi i znacznie bardziej wyraziste postaci. Taka konstrukcja powieści sprawia jednak, że Jean Tennan odjeżdża trochę na drugi tor i staje się postacią raczej drugoplanową, gdzie w poprzednich tomach był raczej współbohaterem. Mimo to, nie znika całkowicie i przez całą powieść pojawia się to tu, to tam.

Republika Złodziei to świetna książka. Zdecydowanie warta wydanych pieniędzy. Należy mieć nadzieję, że Lynch odpowiednio wykorzysta grunt pod kolejne części który ułożył w „Republice…”. Najnowsza odsłona dowodzi, że w cyklu tkwi ogromny potencjał!

Ocena: 4.5/5

Dyskusja