Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

“Mankind was born on Earth. It was never meant to die here” – recenzja filmu „Interstellar”

„Interstellar” działa na wyobraźnię już od pierwszego trailera. I nie chodzi tu o nazwisko reżysera, czy któregokolwiek z aktorów, lecz o tematykę. Lot przez bezkresną pustkę, obce światy, dziury czarne i robacze… Wszystko to, co wielu pokochało w dzieciństwie, czytając „Podróże międzygwiezdne” A. Marksa i podobne książki. Jak wiadomo, wysokie oczekiwania to najczęściej pierwszy krok do srogiego zawodu. A jak było tym razem?

Zacznijmy może od tła fabularnego; mamy połowę XXI wieku. Nie jest to miła przyszłość – zniszczony ekosystem zaczyna brać odwet na ludzkości,

a planeta staje się coraz bardziej niegościnna. W takim świecie przyszło żyć głównemu bohaterowi, Cooperowi. Były pilot oblatywacz, po zamknięciu rządowego programu kosmicznego został zmuszony do zamieszkania wraz z teściem i dwójką dzieci na farmie. Jak można się domyślić, takie życie jest bardzo nie w smak człowiekowi, który otarł się o kosmos. I nie powinno dziwić, że gdy tajemniczy splot wydarzeń daje mu szansę na zostanie pilotem Endurance – misji mającej na celu znalezienie dla ludzkości nowego domu – skwapliwie z niej korzysta.

Należy wspomnieć o otoczce naukowej filmu. Autorzy przyłożyli się do pracy domowej bardzo solidnie – pojawiające się na ekranie statki i urządzenia wyglądają całkiem prawdopodobnie, obce światy są przemyślane, a każde zjawisko oparte jest na faktycznie istniejących teoriach naukowych. Oczywiście, hard SF w niektórych miejscach musiało ustąpić pola fabule, ale nie psuje to ogólnego, bardzo pozytywnego wrażenia. W kosmosie faktycznie panuje cisza, lot międzyplanetarny to nie przelewki, a roboty są… robotami. Przy okazji, towarzyszące załodze Endurance sztuczne inteligencje (TARS i CASE)

są bardzo interesującymi postaciami. Twórcom udało się wypośrodkować pomiędzy zimnym, pozbawionym uczuć HALem i antropomorficznymi droidami z „Gwiezdnych Wojen” i „Star Treka”. No i ich wygląd, przywodzący na myśl „Odyseję Kosmiczną”…

Czymże byłoby SF bez efektów specjalnych? W filmie tak nimi naładowanym ciężko komentować ich ogólny poziom – chciałbym jednak wyrazić zachwyt nad jednym, krótkim ujęciem. Stworzony przez grafików obraz Saturna, z jego monumentalnymi pierścieniami i gigantyczną bryłą przytłaczającą srebrzystą kropkę Endurance, dosłownie zapiera dech w piersiach. Przebija nawet tajemnicze i niezwykłe światy odwiedzane w późniejszej części filmu.

Jeśli chodzi o samą fabułę oraz napędzającą ją obsadę – ponownie mamy do czynienia z mocnym punktem filmu. Akcja biegnie dwutorowo – śledzimy zarówno poczynania załogi Endurance, jak i pozostawionej na Ziemi rodziny Coopera. Przy czym obydwie te ścieżki splatają się zdecydowanie ściślej, niż można by było oczekiwać.

Wspomniałem już o robotach (granych, odpowiednio, przez Billa Irwina i Josha Stewarta), ale i „biologiczna” część obsady ma swoje mocne punkty. Cooper (Matthew McConaughey) świetnie pokazuje najpierw dramat człowieka, któremu odebrano sens życia (i nie chodzi tu tylko o bycie astronautą), a później członka ekspedycji decydującej o „być albo nie być” ludzkości. Profesor Brand (Michael Caine) doskonale czuje się w roli mentora i mózgu całej eskapady – chociaż po tak doświadczonym aktorze chyba trudno spodziewać się czegoś mniej. Chciałbym móc napisać coś więcej o dwóch pozostałych plakatowych gwiazdach – Amelii Brand (Anne Hathaway) i doktorze Mannie (Matt Damon), ale niestety, muszę się ograniczyć do prostego stwierdzenia faktu ich istnienia. Nie znaczy to, że prezentują niski poziom, choć nie zapadają w pamięć.

Wreszcie muzyka. Hans Zimmer bynajmniej nie sprawia zawodu. Ścieżka dźwiękowa „Interstellar” nie tworzy tła dla wydarzeń – w wielu momentach współtworzy ona akcję na równi z aktorami i tym, co dzieje się na ekranie. Bywa praktycznie ogłuszająca, wgniatająca w fotel, by nagle się urwać, gdy kamera przenosi ujęcie w niemą otchłań kosmosu. Towarzyszący kulminacyjnym

momentom motyw organów doskonale podkreśla wagę misji Endurance, wznosząc ją na wręcz metafizyczną płaszczyznę. Idealnie z tą epickością łączą się utwory spokojniejsze, przywodzące na myśl starsze filmy SF – pełne tajemniczych dźwięków i elektronicznego ambientu.

Jaki więc jest „Interstellar”? Monumentalny i wzniosły – co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę pomysł, na którym bazuje. Nie sposób uniknąć porównań do „Odysei kosmicznej”, ale jest to moim zdaniem zestawienie zdecydowanie na wyrost. Te filmy więcej dzieli, niż łączy. Nie oznacza to, że „Interstellar” jest dziełem płytszym czy stawiającym na efekciarstwo – obydwa zmuszają do przemyśleń, ale na zupełnie innych płaszczyznach. Film Nolana zadaje pytania „dokąd zdążamy?” i „jakie jest nasze miejsce we Wszechświecie?”, podczas gdy „Odyseja…” zastanawia się nad istotą człowieczeństwa, różnicami pomiędzy człowiekiem i maszyną. I tu, i tu twórcy próbują dać odpowiedzi. Zaletą „Interstellar” jest, że czyni to unikając zbędnych dłużyzn czy rozwlekłych filozoficznych dysput.

Możliwe, że w tym, co osobiście uważam za wielką zaletę „Interstellar” – wypośrodkowaniu pomiędzy widowiskiem a głębszym przesłaniem,

pomiędzy science i fiction, kryje się również jego największa wada. Fani szybkich, lekkich produkcji mogą się poczuć znużeni, miłośnicy „Odysei kosmicznej” ujrzą w filmie Nolana jedynie spłycony spin-off, laicy poczują się przytłoczeni technicznymi detalami, a umysły ścisłe z rozpaczą przyjmą do wiadomości zastosowaną miejscami wobec fizyki licentia poetica. Czy to jednak jest wadą czy zaletą – każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.

Ocena: 5/5

Dyskusja