Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Pitu pitu – czyli surrealistyczne ględźby japońskie” – recenzja „Pitu Pitu 2”

Gdzie tak naprawdę leży granica pomiędzy tym, co realne, a tym, co uważamy za przesądy czy baśnie? Może dzieją się one naprawdę – tuż za naszymi plecami, w kąciku oka, wiecznie umykające przed naszą przyziemnością? Może magia jest na wyciągnięcie ręki, ale tylko nieliczni są w stanie ją zauważyć?

Można odnieść wrażenie, że Igarashi Daisuke również zadawał sobie tego typu pytania, a odpowiedzi zawarł w swoim komiksie „Pitu pitu”. Urodzony w 1969 roku artysta zadebiutował w 1994 roku dziełem „Hanashippanashi” (w polskim przekładzie „Pitu pitu”). Autor ceniony jest za bogactwo szczegółów w rysunkach oraz oryginalność przy tworzeniu fabuły. Często sięga po elementy z folkloru i przyrody, tworząc z tego surrealistyczną mieszankę, w której ciężko rozróżnić gdzie kończy się sen, a zaczyna jawa. Jak sam podkreśla, do decyzji o rozpoczęciu kariery rysownika skłoniła go animacja Miyazakiego Hayao „Mój sąsiad Totoro”. Jest to dobrze widoczne w twórczości Igarashi.

Drugi tom „Pitu pitu” ukazał się w Polsce w 2011 roku, rok po premierze pierwszej części, nakładem wydawnictwa Hanami. Komiks został wydrukowany na przyjemnym w dotyku, szorstkim papierze. Okładka jest matowa i bardzo prosta w wyglądzie, co pasuje do całości. Kartki sklejono, a spoiwo nie trzeszczy przy czytaniu, grożąc wypadnięciem stron, co ucieszy tych, którzy będą sięgać po tę pozycję często. W środku czytelnik znajdzie 22 rozdziały, każdy opowiadający inną historię. Ciężko jest opowiedzieć fabułę któregokolwiek z nich, bez psucia zabawy innym. Tłumaczenie zostało starannie wykonane – nie ma miejsc, które rażą niedopasowanym do sytuacji językiem. Pod względem wizualnym „Pitu pitu” to istny majstersztyk. Postacie na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie naszkicowanych pobieżnie, ale są to tylko pozory. Przyglądając się bliżej, bez trudu można odkryć, że bohaterowie zostali oddani bardzo realistycznie. Widać to zarówno w ich ubiorze, który nie jest wymyślny i dobrze oddaje modę lat 90., jak i w zachowaniu, które jest zwyczajnie… ludzkie. Igarashi Daisuke postarał się, aby tła były szczegółowe, a krajobrazy zapierały dech. Bez trudu można wyczuć atmosferę wąskich uliczek i plaż w Japonii, natomiast niezwykłe wydarzenia czy istoty zostały przedstawione tak naturalnie, jakby należały do codzienności. Dodatkową atrakcją są strony zaprezentowane przed ostatnim rozdziałem, które ukazują pojedyncze sceny, dopracowane do granic możliwości. Wielka szkoda, że nie można zobaczyć ich w kolorze, ale czarno-biała wersja i tak jest przepiękna.

Lektura komiksu nie należy do najłatwiejszych. Czytelnik, który nie jest przygotowany na dużą dawkę surrealizmu, może szybko zrazić się do „Pitu pitu” i odrzucić je w kąt. Jednak te osoby, które wytrwają, będą się doskonale bawić, balansując na krawędzi oniryzmu i jawy. W drugim tomie można odnaleźć opowieści zabawne, mądre, straszne lub po prostu kuriozalne. Autor bawi się z odbiorcami sprawdzając, jak daleko może się posunąć nim usłyszy: „to zbyt dziwne, by czytać dalej”. Zresztą, „Hanashippanashi” nie jest lekturą, którą powinno się kończyć szybko, w jeden dzień. Na ten zbiór opowiadań należy przeznaczyć przynajmniej trzy dni, by bardziej smakować niż pochłaniać poszczególne historie. Osoby szukające łatwej rozrywki powinny dobrze się zastanowić, zanim sięgną po opisywane dzieło. Natomiast ci, którzy są zmęczeni błahymi opowiastkami i prostym humorem, mogą uznać „Pitu pitu” za miłą odmianę. Ten komiks można albo uwielbiać albo szczerze nie znosić, ale ciężko pozostać względem niego obojętnym . Wydziela swoistego rodzaju aurę, rzucając urok na czytelnika. Najlepiej do lektury przygotować sobie zaciszny kąt i zacząć myśleć tak abstrakcyjnie, jak małe dziecko – wtedy potrzeba racjonalizowania wszystkiego nie zniszczy radości z lektury. Należy po prostu zaakceptować to, co widzimy.

Dyskusja