Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

W umyśle mordercy – recenzja „Pana Mercedesa”

Zapewne dla wielu Stephen King jest postacią znaną. Dużo dobrego można przeczytać o nim, jego książkach, pomysłach i warsztacie pisarskim. Czytając jego najnowszą powieść – debiut w gatunku powieści detektywistycznej – można się przekonać, iż opinie o autorze nie są przesadzone. „Pan Mercedes” nie jest być może pozycją niesamowicie innowacyjną, ale pisarz sprawnie żongluje utartymi schematami. W ten sposób udaje mu się stworzyć powieść wciągającą, opartą na tym, co już wiele razy mieliśmy okazję przeczytać, a nie będącą jednocześnie tylko powtórką.

Autor nie serwuje jednak czytelnikom klasycznej powieści detektywistycznej na miarę przygód Herkulesa Poirota czy Sherlocka Holmesa. Owszem, w roli głównego bohatera postawiony zostaje detektyw, w tym wypadku emerytowany – Bill Hodges – rozwiedziony, nieutrzymujący kontaktu z córką, a wieczory spędzający samotnie przed telewizorem. Tutaj niewiele zaskoczy – wszak Bill, jak na prawdziwego detektywa przystało, nosi nawet kapelusz! Natomiast pewne odejście od kanonu stanowi główna oś powieści, którą nie jest odkrywanie przez czytelnika tożsamości zabójcy. Psychopatycznego mordercę, którego próbuje dorwać Hodges, poznajemy niemal na samym początku. Od autora dostajemy zarówno wgląd w życie prywatne czarnego charakteru, jak i w jego psychikę. Obrazek ten nie jest wcale łatwy w odbiorze i sielankowy. Przyglądamy się nędznemu życiu Brady’ego Hartsfielda, skupionego na znienawidzonej pracy i patologicznym domu. Dodatkowo jego działania napędzane są przez perwersyjną chęć zabicia kolejnych osób. Poczynaniom obu tych bohaterów przypatrujemy się naprzemiennie, co nadaje akcji większego tempa i daje wrażenie nieustannego wyścigu z czasem.

Już na pierwszych stronach książki lądujemy w samym centrum akcji, która opisana jest w niemalże filmowy sposób. Stephen King obchodzi się z czytelnikami brutalnie – nie dostajemy od niego suchych wzmianek na temat dawnej zbrodni. Zamiast tego pozwala nam znaleźć się niemalże ramię w ramię z ofiarami, poznać je, polubić, a następnie każe oglądać ich makabryczną śmierć. To bardzo ciekawy zabieg, ułatwiający wczucie się w książkę i powodujący bardziej personalne podejście do niej. Stając się świadkami takiego horroru, tym chętniej zobaczymy koniec człowieka, który za tym wszystkim stoi.

Ponadto pisarz znakomicie manewruje obrazami – momentami można odnieść wrażenie, jakby właśnie oglądało się film. Chwilowe wstrzymanie akcji, poprzez „najazd kamery” na wszystkich bohaterów tuż przed jednym z kulminacyjnych wydarzeń, niesamowicie wzmaga napięcie. To tylko jeden z przykładów świetnego opanowania przez autora tempa i rytmu akcji.

Na wzmiankę zasługują także postacie wykreowane przez Kinga. Ich galeria jest niezwykle barwna, mimo iż niezbyt liczna. Dostajemy bohaterów z pozoru konwencjonalnych, jednak w każdym jest coś, co go wyróżnia na tle całej reszty. Każdy jest w jakiś sposób wyjątkowy, a jego rola w fabule może nie być taka oczywista, jak nam się wydaje. Oglądanie ich rozwoju na tle całej powieści może się okazać niezwykle satysfakcjonujące. Szczególnie poznawanie mrocznych zakamarków psychiki mordercy, czy oglądanie zmagań jednej z bohaterek z jej własnymi słabościami.

W książce razić może liczba stosowanych wulgaryzmów. Chociaż, czy można uznać to za wadę, to raczej kwestia indywidualna. Z jednej strony możemy oczekiwać od książek względnie „czystego” języka, ale z drugiej – użycie wulgaryzmów nadaje powieści większego realizmu (patrząc na słownictwo stosowane przez ludzi właściwie wszędzie). Umiejętne ich zastosowanie może zadziałać na plus, a zbyt częste wykorzystywanie kłuć w oczy, dlatego też tę kwestię można uznać zarówno za zaletę, jak i wadę „Pana Mercedesa”.

Na koniec warto również wspomnieć o okładce, która jest minimalistyczna, a jednocześnie w nieoczywisty sposób nawiązuje do treści. Przyciąga wzrok i zachęca do sięgnięcia po książkę. W tym wypadku za projekt okładki pochwała należy się Andrzejowi Kuryłowiczowi (założycielowi wydawnictwa Albatros), a do jej wykonania wykorzystano zdjęcie Carasa Ionuta.

W ostatecznym rozrachunku nie można tej powieści wiele zarzucić. To po prostu 576 stron dobrze napisanej opowieści, z wiarygodnie wykreowanymi bohaterami. Gdy akcja się rozpędzi, książka wciąga tak mocno, że trudno się od niej oderwać, nie doczytując do końca. Po skończonej lekturze pozostaje tylko czekać na kolejne dwa tomy.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja