Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Bitwa Pięciu Absurdów – recenzja filmu „Hobbit: Bitwa Pięciu Armii”

W poczet najlepszych scen pierwszego „Hobbita” można zaliczyć ostatnią, w której ze szczytu orlej skały bohaterowie po raz pierwszy oglądają Samotną Górę. Dal, jaka dzieli od niej drużynę jest obietnicą przygody i po niemal trzech godzinach seansu pojawia się żal, że jej kontynuacja okupiona jest rocznym oczekiwaniem. W końcu nadchodzi druga część, już mniej satysfakcjonująca i niezdolna do powtórzenia tego wrażenia. Końcowa scena z majestatycznym Smaugiem mknącym po nocnym niebie jest jednak godnym zwieńczeniem, przygotowującym do najważniejszego wydarzenia całej opowieści – Bitwy Pięciu Armii.

Początek finałowej

odsłony jest olśniewający wizualnie i, obok czarnej dziury z „Interstellara”, można go uznać za najpiękniejszy pokaz animacji komputerowej zeszłego roku. Paleta barw płonącego miasta oraz mimika odgrywanego przez Cumberbatcha smoka są na tyle hipnotyzujące, że gdy po kilku minutach Smaug spotyka swe fatum, apetyt na dalsze sceny niepohamowanie rośnie. Niestety, po tak satysfakcjonującej przystawce, kolejne porcje serwowane przez Jacksona coraz bardziej przyprawiają o niesmak.

Zawiązania pozostałych wątków, w tym Bilba i reszty zdobywców Ereboru, są jeszcze strawne. Przytłoczony bogactwem krasnoludzkiej siedziby Thorin zapada na smoczą chorobę, przeobrażając się w despotycznego i chciwego władykę. Napięcie pomiędzy nim a hobbitem i resztą drużyny wypełnia przepastne wnętrze Samotnej Góry niemal po brzegi. Tymczasem ocaleli ze spalonego miasta wyruszają pod przewodnictwem Barda w stronę Dale, ciągnąc za sobą chyba najmniej śmieszny wątek komediowy ostatnich lat. Znany z poprzedniej części Alfrid, tchórzliwy

doradca władcy Esgaroth i postać odpychająca na równi z Grimą Gadzim Językiem, dostaje tutaj czas antenowy, przy którym dłużyzny poprzednich części wydają się dobrze spędzonym czasem. Znacznie ciekawsze są sceny z Gandalfem – zamknięcie prologu do „Władcy Pierścieni” przywołuje ponownie kilka z jego głównych postaci. Szczególnie miło jest zobaczyć wciąż jarego Christophera Lee. Trudno wymagać od 92-letniego aktora kondycji do scen akcji, a jednak przez kilka minut daje lepszy pokaz wigoru niż przez całą wcześniejszą karierę w Śródziemiu!

Dalsze wydarzenia ściśle prowadzą już do tytułowej batalii. Jackson dba o widowiskowe wkraczanie na scenę kolejnych stronnictw. Szeregi ludzi, elfów i krasnoludów pysznią się bogatymi strojami, a Thrainduil i Dáin sadowią dumnie na potężnych wierzchowcach. Przez chwilę można mieć wrażenie, że doświadczenie reżysera w scenach batalistycznych zaowocuje widowiskiem godnym obrony Helmowego Jaru bądź Minas Tirith. Wkroczenie wojsk Azoga jedna z postaci kwituje jednak słowem „przesada” i odtąd jest już miejsce tylko na nią.

Czego bowiem wymagać od bitwy, która rozpoczyna się sceną rodem z „Diuny”, a później, wzorem Hitchcocka, absurd rośnie? Czy godzina scen przypominających spływ w beczkach z „Pustkowia Smauga” godnie oddaje ostatnie rozdziały powieści Tolkiena? I nie chodzi tutaj o wierność pierwowzorowi – zastąpienie goblinów i wargów dwiema armiami orków to najmniejszy z mankamentów. „Bitwa Pięciu Armii” cierpi na pewnego rodzaju odwrócenie proporcji –

sceny humorystyczne potencjału komediowego nie mają za grosz, a prężenie muskułów przez kolejnych bohaterów wywołuje niekontrolowany chichot.

Momentami przypomina to azjatyckie kino akcji, gdzie Legolas i Tauriel odpowiadają parze protagonistów z „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka”. Podziwiając akcje w ich wykonaniu, można sobie przypomnieć, że pierwotnie ten film należał do hobbita i drużyny krasnoludów. Udziałowi Freemana w produkcji nie można nic zarzucić, natomiast poza Thorinem i Kilim potomków Durina praktycznie nie uświadczymy. Zamiast tego zwieńczeniu ulega międzyrasowy wątek romantyczny, jedna z nielicznych prób dobudowania do postaci motywacji. Niestety, jest ona równie sztampowa emocjonalnie, co opierająca się na wsparciu w bitce zamiast dialogu.

„Hobbita: Bitwę Pięciu Armii” można podsumowywać dwojako. Na tle innych filmów nowozelandzkiego reżysera wydaje się on wpadką przy pracy, poślizgnięciem w zapatrzeniu na hollywoodzkie wzorce. W rezultacie Jackson podaje na srebrny ekran dzieło przesycone infantylną efektownością, obiecujący wstęp bez godnego rozwinięcia. Nastawiając się tylko na sceny akcji,

można wynieść z seansu wiele radości, nie jest to jednak to samo uczucie, które towarzyszyło „Niezwykłej Podróży”. Brak tu klimatu „Władcy Pierścieni” i tylko fragmenty ścieżki dźwiękowej do niego nawiązujące przypominają o oscarowych podbojach Śródziemia.

Z drugiej strony, biorąc pod uwagę wszystkie trzy części, nawet jeśli trzymając tendencję spadkową, ostatnia odsłona wciąż jest kawałkiem dobrej przygody. Tonie w niepotrzebnych wątkach, podważając sens podziału książki na trylogię, ale tych interesujących daje na tyle dużo, by z niecierpliwością czekać na wersję reżyserską.

Zakończenie przez Bilba swego „tam i z powrotem” daje ulgę po kilku latach oczekiwania. Porównanie losów jego i Froda przypomina do złudzenia przypadek „Gwiezdnych Wojen”. Druga trylogia, chronologicznie młodsza i bardziej atrakcyjna wizualnie, nie ma zarazem szans na powtórzenie kultowości poprzednika. Patrząc na zapowiedzi „Przebudzenia Mocy”, można się spodziewać, że i do świata Tolkiena kiedyś powrócimy, niekoniecznie z tym samym reżyserem. To już jednak będzie inną historią.

Ocena: 3/5

Dyskusja