Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja książki pt. „Odyssey One. W samo sedno”

Po wielkiej bitwie o utrzymanie systemu Ranquil prototypowy okręt „Odyseja”, dowodzony przez ludzi, wrócił na Ziemię z przedstawicielami ludu Priminae na pokładzie. Zarówno Ziemianom, jak i nowo poznanej rasie zależy na nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, gdyż zagrożeniu, jakie stanowią krwiożerczy Drasinowie, nie sposób sprostać samemu. Potężny przeciwnik, który sprawia wrażenie, że jego celem jest wyłącznie eksterminacja wszelkiego napotkanego inteligentnego życia i jednocześnie dysponujący nieskończonymi pokładami energii oraz zaawansowaną technologią bojową, jest idealnym powodem do przyspieszenia pertraktacji. Po krótkiej wizycie na Ziemi, „Odyseja” otrzymuje rozkaz udania się w drogę powrotną na Ranquil, do stolicy Priminae, wraz z ziemskimi ambasadorami oraz dyplomatami. Ma też zostać na orbicie tej planety, stanowiąc ochronę dla przebywających na jej powierzchni Ziemian. Początkowo zadanie jest proste i oficerowie „Odysei” dość szybko zaczynają szkolić w wojennym rzemiośle bardziej rozwiniętych technologicznie, jednak nieprzyzwyczajonych do konfliktów zbrojnych, Priminae. Jednak Drasinowie, mimo chwilowego wstrzymania działań, nie wycofali się i niebawem konflikt rozgorzeje na nowo. Dodając do tego charakter kapitana Erica Westona, który lubi wtykać kij w mrowisko, mamy zapewnioną rozrywkę na długi czas.

„Odyssey One 2: W samo sedno” to kontynuacja kosmicznej sagi, rozpoczętej wielką bitwą, po której tempo akcji tylko się zwiększało. Po przepełnionym starciami wielkich galaktycznych flot, wybuchami okrętów i potężną bronią laserową pierwszym tomie, możemy poznać dalsze losy „Odysei”, które ani na chwilkę nie tracą rozpędu. „W samo sedno” również obfituje w wielkie batalie, pościgi, akty bohaterstwa i wiele innych elementów uwielbianych przez każdego szanującego się fana space oper. Jeśli pod tym względem spodobała Wam się pierwsza część, druga także nie powinna Was zawieść. „Odyssey one” jest prostą lekturą, która nie próbuje nawet sugerować, że porusza poważną tematykę lub zmusza czytelnika do rewizji jego spojrzenia na świat. Jest to seria przepełniona akcją i patosem, zapewniająca wiele rozrywki bez konieczności rozmyślania nad sensem istnienia.

Evan Currie, który powoli nabiera doświadczenia w świecie SF, stworzył książkę łatwą w odbiorze i szybko prowadzącą czytelnika przez kolejne zdarzenia. Jego styl jest dość prosty, jednak w tego typu literaturze kwieciste opisy i skomplikowane wypowiedzi tylko burzyłyby konwencję dzieła. Dlatego też można stwierdzić, że warsztat książki jest idealnie dopasowany do jej treści. Prostota i postawienie na akcję nie sprawia jednak, że przedstawione wydarzenia stają się choć odrobinę mniej widowiskowe. Rozmachu w tej historii na pewno nie zabraknie.

Należy pochwalić polskie wydania za świetne okładki (ciekawsze graficznie od oryginalnych), dobrej jakości papier oraz druk. Jedynym mankamentem są pojawiające się gdzieniegdzie literówki, które umknęły korekcie. Ta drobna wada nie przeszkadza jednak w lekturze.

Polecam zatem „Odyssey one” wszystkim fanom szybkiej i widowiskowej akcji umiejscowionej w kosmosie. Jeśli nie oczekujecie po historii wzniosłych idei oraz górnolotnych opisów, przygody załogi okrętu Konfederacji Północnoamerykańskiej „Odyseja” powinny przypaść Wam do gustu. W końcu bohaterstwo i chęć poświęcenia się dla innych w obliczu silniejszego przeciwnika zawsze są w cenie.

Ocena: 5/5

Dyskusja