Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wspomnienie z przeszłości – recenzja „Z Archiwum X #1: Wyznawcy”

W czasach, kiedy nie było jeszcze powszechnie dostępnego internetu, a ludziom raczej nie śniło się oglądanie seriali na komputerach, naraz po kilka sezonów, co tydzień zasiadało się przed telewizorem i oglądało swój ulubiony film. Tak, lata 90. ubiegłego wieku wypromowały jeden z najciekawszych seriali fantastycznych – „Z Archiwum X” – który przez dziewięć lat (1993-2002) gościł na ekranach małych odbiorników. Rynek nie znosi próżni i na bazie popularności produkcji, przygody bohaterów pojawiły się następnie w takich mediach jak książka czy komiks, a nieco później światu ukazał się film pełnometrażowy „Chcę wierzyć” (2008). Teraz, kilkanaście lat po ostatnim, dziewiątym sezonie, pojawia się nagle kolejna, pełnoprawna kontynuacja… ale w formie powieści graficznej.

Byli agenci federalni, Dana Scully i Fox Mulder, mieszkają wspólnie pod przybranym nazwiskiem. Prowadzą w miarę normalne życie, ale jak można się domyślić – nie długo. Przeszłość daje o sobie znać – Dana zostaje porwana przez tajemnicze istoty, a jej partner wyrusza na poszukiwania kobiety, współpracując ze starymi znajomymi. Z czym, tym razem, zmierzą się bohaterowie?

Fabularnie komiks trzyma w miarę równy, poprawny poziom. Da się wyczuć atmosferę starych odcinków serialu telewizyjnego, zwłaszcza we wstępie każdego z pięciu zeszytów zawartych w tym wydaniu. Początkowa akcja, wprowadzająca w dany rozdział, przerwana zostaje kadrem z napisem „Z archiwum X”. Wtedy też w głowie rozbrzmiewa charakterystyczny muzyczny motyw przewodni Marka Snowa. Za scenariusz komiksu odpowiada Joe Harris (m. in. „Batman” i „Vampirella”), który wraz z Chrisem Carterem nadał albumowi odpowiednią treść. Umiejętne połączenie wątków i nawiązanie do starych odcinków sprawia, że czytelnik dość szybko daje się wciągnąć i porwać nowym przygodom bohaterów. Warunek jest jeden – trzeba znać, choćby pobieżnie, poprzednie odsłony, inaczej czytanie nie ma najmniejszego sensu. Domyślanie się ról i pozycji poszczególnych postaci tylko na podstawie kartek z rysunkami i dymkami mija się z celem.

Każdą z pięciu części zawartych w albumie otwiera okładka autorstwa Carlosa Valenzueli – zaprojektowany na iście filmową modłę mini-plakat, który zachęca do zajrzenia w głąb zeszytu. Niestety później jest nieco gorzej, bowiem poszczególne rozdziały rysowane są przez Michaela Walsha. Prosta, żeby nie powiedzieć zbyt prosta kreska, nie pozwala do końca cieszyć się treścią. Rysunki skupiają się na przedstawieniu pierwszego planu, choć momentami i tam brakuje nieco dynamiki. W tle zaś dzieje się niewiele. Autor koncentruje się głównie na przedstawieniu emocji na twarzach bohaterów, co przy niezbyt skomplikowanej kresce wygląda czasami komicznie.

Całość prezentuje się poprawnie, ale bez szału. Oczywiście dla fanów najważniejsze jest, że pojawia się kontynuacja – ciąg dalszy, który może dostarczyć kolejnych emocji i uświadomić, jak to kiedyś człowiek spędzał regularnie czas przed telewizorem. Fabularnie komiks faktycznie potrafi zaciekawić, pod warunkiem, że zna się bohaterów. Niestety pod względem graficznym czuje się niedosyt – brakuje głębi, mroku i grozy, które nadałyby więcej klimatu i z pompą przypomniały ile nerwów i obgryzionych paznokci kosztował każdy obejrzany odcinek.

Dyskusja