Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Tron z komputera – recenzja filmu „Jupiter: Intronizacja”

Twórczości Wachowskich trudno odmówić specyficznego stylu. Czy mowa o ich, może nie debiutanckim, ale otwierającym karierę „Matrixie”, „Speed Racer” celującym treścią w młodszego odbiorcę, czy łączącym różnorodne stylistyki „Atlasie chmur” – da się je rozpoznać po dowolnym kadrze. Ich produkcje spotykały się również z różnorodnym odbiorem, szczególnie w przypadku „Reaktywacji” i „Rewolucji” – od uwielbienia na miarę pierwszej części po określanie porażką totalną. Faktem jest, że robią filmy, które budzą skrajne emocje – każdy spośród ich skromnej liczby. Umiarkowaną płodność artystyczną rodzeństwa rekompensuje jednak benedyktyńska wręcz dbałość o warstwę wizualną. Choreografie walk, pierwsze plany oraz tła, wszystko trzyma wewnętrzną spójność. Stąpając po chybotliwej linie efektowności, nietrudno niestety spaść w otchłań efekciarstwa. Jak jest w przypadku ich najnowszej produkcji?

Kopciuszek i wilk

Główna bohaterka,

Jupiter Jones (Mila Kunis), to typowy kopciuszek, którego marzeniem jest spotkanie idealnego faceta, ale ma też przykre obowiązki sprzątaczki. Urodzona na morzu, w momencie emigracji rodziny z Rosji, pozbawiona jest tożsamości narodowej. Marzy o teleskopie – swoistym pojednaniu z nigdy niepoznanym ojcem, który nadał jej imię na cześć najpiękniejszej z planet. Codzienna rutyna pucowania toalet czyni ją coraz bardziej pogrążoną w marazmie. W tym momencie, zgodnie z wymogami fabuły, powinna nastąpić cudowna odmiana losu protagonistki.

Na ekran wkracza ona pod postacią niemal sztampowo-roswellowskich obcych. Jest to rasa kosmicznych łowców, niczym pies zwierzynę tropiących ludzi po DNA. Dziewczynę od śmierci ratuje tajemniczy mężczyzna (Channing Tatum), zbrojny w wielką spluwę, puklerz z pola siłowego i antygrawitacyjne wrotki. Jest on najemnikiem wysłanym do ochrony Jupiter, co w sposób naturalny implikuje drętwo poprowadzony wątek romantyczny. Na imię mu Caine, jest genetyczną mieszanką człowieka z wilkiem (sic!) i obarczony jest nieodzownym bagażem przykrych doświadczeń. Wybawca wprowadza bohaterkę w realia kosmicznej cywilizacji, ona powodowana zapewne jego charyzmą, bierze natychmiastowo na wiarę

istnienie pozaziemskiego, transgenicznego życia. Jak się w toku fabuły okazuje, Jupiter zostaje wplątana w grę pomiędzy trójką rodzeństwa i poznawszy swe niezwykłe przeznaczenie, będzie musiała zadecydować, co z nim dalej uczynić.

Dysonanse

Historia nie jest skomplikowana, w przeciwieństwie do świata przedstawionego, którego zasady są dawkowane bardzo chaotycznie. Mamy tu inżynierię genetyczną jako fundament rozwoju cywilizacji i mieszanki genów ludzi z różnymi zwierzętami, co może zwiększa różnorodność postaci, ale nie wpływa na ich funkcje w fabule. Wszyscy, na których koncentruje się historia, mają typowo ziemskie aparycje. Pomocnicy o fenotypach czerpiących z sów, słoni i innych przedstawicieli fauny pojawiają się tu ledwie jako tło. A szkoda, bo rozwój historii w ich stronę, z konsekwentnym jej

poprowadzeniem, raczej dodałby walorów dwugodzinnej projekcji, niż ich ujmował. Główne role w kosmosie odgrywają przedstawiciele rodu Abrasax: Titus (Douglas Booth), Balem (Eddie Redmayne) oraz Kalique (Tuppence Middleton). Potencjał ich wątku nie został niestety w pełni wykorzystany – patrząc na charaktery i motywacje każdego z bohaterów, sprawy wydają się przyjmować zdecydowanie za małą skalę.

Pod względem aktorstwa najjaśniejszym punktem jest zdecydowanie Redmayne. Aktor uhonorowany Oscarem za „Teorię wszystkiego” na ekranie pokazuje się tym razem z całkowicie odmiennej strony i w dodatku znakomicie w niej odnajduje! Również role jego rodzeństwa zagrane są bardzo przyzwoicie. Drugi, przykry, biegun stanowią postacie protagonistów, zagrane bezbarwnie i na jedno kopyto. Najczęstszym objawem mimiki u Kunis jest otwarcie ust, Tatum z kolei radzi sobie jako macho, jego bohater jest jednak tak boleśnie niezabijalny, że aż stanowi męską wersję Mary Sue. Najciekawszą cechą Caine’a są wspomniane gadżety: tarcza z jednej strony znakomicie przyjmuje na siebie 99 procent ciosów, z drugiej – pomimo swej skuteczności – nie jest stosowana przez któregokolwiek z wrogów. W ostatecznym rozrachunku czyni to z niego prawdziwego rycerza głównej bohaterki, z całym dobrodziejstwem inwentarza – jest on równie idealny, co bezbarwny, wtórując w tej drugiej cesze swojej towarzyszce.

Graficzna orgia (dwojga konsekwencji)

W scenach akcji jest co oglądać, a zarazem czego nie zauważać. Film od samego początku wypowiada wojnę percepcji, już z

pierwszą wymianą ognia każąc wzrokowi omiatać cały ekran, bez możliwości skupienia się na szczegółach. Pociski różnego rodzaju broni przecinają powietrze potężnymi seriami, ale nic to dla wilczego najemnika! Prędkością w niczym nie ustępuje Neo, podobnie mistrzostwem w kierowaniu wszelkimi pojazdami. W zwarciu rozsyła obrotowe kopniaki i tylko spotkanie z dawnym mentorem (Sean Bean) w bardzo niemrawy sposób pokazuje, że są lepsi od niego. Od starć na ziemi szybsze są tylko sceny na statkach, te stanowią już totalny chaos. Nagromadzenie pocisków do uniknięcia i wehikułów do zgubienia sprawia, że nie ma nawet sensu poświęcać tym scenom koncentracji. Całe szczęście, że film nie powstał, na dodatek, w trójwymiarze…

Jedną z zasług rozwijającej się mocy komputerów jest udział ich zdolności obliczeniowej w wyglądzie filmów. „Jupiter: Intronizację” można śmiało przez to uznać za jeden z piękniejszych wizualnie filmów science fiction do tej pory. Chwilami aż strach pomyśleć, na pracy jakiej rzeszy ludzi opierają się wszystkie zaprezentowane widoki. Czy mowa o projektach okrętów kosmicznych, architekturze wnętrz czy nielicznych pejzażach planet – wszystko jest pełne przepychu i choć rusza się i błyska, nie stwarza problemów podobnych do scen walki. Właśnie dzięki temu, że w produkcji Wachowskich efekty specjalne podane są w takim nagromadzeniu, najlepiej odbiera się je na spokojnie. Środkową część filmu ogląda się przez to wyjątkowo harmonijnie. Intryga wraz ze scenerią stanowiącą jej tło przyciągają uwagę. Gdy powracają wymiany ognia – ponownie pojawia się efekciarstwo.

Inną sprawą jest to, że pośród tych wszystkich niesamowitych ujęć największe wrażenie robi podkolorowane oblicze Jowisza. Stanowi to ciekawy kontrapunkt

dla wszystkiego, co wyszło z wyobraźni rodzeństwa. Odchodząc w stronę niestworzonych obrazów, za wizytówkę całego filmu obierają coś prostszego i bardziej harmonijnego.

Werdykt?

Jeśli szukać powodów, dla których warto na „Jupiter: Intronizację” pójść do kina, są to z pewnością zaprezentowane na dużym ekranie efekty specjalne. Fabularnie film jeszcze się jakoś broni, choć w sporej części przypomina dzieła dla nastolatków pokroju „Niezgodnej”. Jest tu również wiele absurdów (pszczoły!) i deus ex machina dla zagęszczenia akcji. Aktorstwo pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza w związku z osobą Mili Kunis, obsadzonej chyba dlatego, że jej narodowość była zbliżona do fabularnych zamysłów twórców. W porównaniu do „Atlasu chmur” zdecydowanie mamy do czynienia ze spadkiem formy Wachowskich. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnej produkcji, zapowiadanym na 2016 „Cobalt Neural 9” przyjdzie im się z nawiązką zrehabilitować.

Ocena: 3/5

Dyskusja